Cenne relacje z moimi czytelnikami

Opublikowano: poniedziałek, 09, czerwiec 2025 06:35
Pietras Sławomir

Czym dłużej piszę ten cotygodniowy felieton, tym bardziej cenię sobie korespondowanie z moimi czytelnikami, takimi jak choćby pani Bożena Krzysztoforska, od której fragmenty listu postanowiłem zacytować:

 

„Kupuję „Angorę” wyłącznie ze względu na pańskie felietony. Wielokrotnie chciałam do Pana napisać, ale czas jakoś szybko umyka… Wspomina Pan, że trudno szukać Halki w repertuarze narodowej opery. Myślę, że wiele osób jest podobnego odczucia, ale nie mają żadnego wpływu na sytuację. Przypadek sprawił, że przez ostatnie lata życia śp. Marii Fołtyn, byłam z nią bardzo blisko. Jej także brakowało Halki! Dlatego cieszę się, że Pan tę sprawę stale podnosi. Dodam jeszcze, że w czasie niekończących się rozmów z Marią, zawsze mówiła o Panu z wielką sympatią i uznaniem. „Zdolna bestia” – to było jej określenie. Miała na myśli jak sądzę ten „pazur” w Pańskich wypowiedziach i działaniu. Nie ukrywam, że brakuje mi rozmów z Nią, i żal mi tej szalonej, krótkiej i nie zawsze łatwej przyjaźni…” 

 

Pani Bożeno, dziękuję za miłe słowa. Mnie rozmów z Marią Fołtyn nie brakuje, bo zbyt często przekształcały się one w kłótnie. To samo dotyczy naszej nie zawsze łatwej, ale za to wieloletniej przyjaźni. Właśnie coraz częściej sięgam do niej, przygotowując artykuł o śląskich Halkach do jubileuszowego programu 80-lecia Opery Bytomskiej. Jej piękną tradycją jest, że co 10 lat od pierwszej katowickiej Halki 14 czerwca 1945 roku rozpoczynającej dzieje tego teatru, prezentowana jest nowa inscenizacja naszej narodowej opery, reżyserowana kolejno przez Antoniego Majaka, Sławomira Żerdzickiego, Marię Fołtyn (dwukrotnie) i Marka Grzesińskiego.

 

Pochylam się właśnie nad kreacjami wręcz kilkudziesięciu sopranów w partii tytułowej, od Wiktorii Calmy po Ewę Karaśkiewicz i jeszcze młodsze potęgi wokalne śląskiej wokalistyki. Muszę zdążyć przed 14 czerwca, kiedy to Emil Wesołowski zaprezentuje następną inscenizację, tym razem nie tylko jako choreograf, ale również reżyser całości.

 

Pewna łódzka korespondentka gani mnie za brak relacji ze spektaklu Salome Ryszarda Straussa, którą z ekipą Grand Touru obejrzeliśmy we Florencji w dzień po pogrzebie Papieża. Otóż dyrygował Aleksander Soddy (wybornie), reżyserowała Emma Dante, podobno daleka potomkini Alighieriego (jeszcze lepiej), postać tytułową grała i śpiewała Lidia Friedman (młoda, pięknogłosa, scenicznie utalentowana, słowem rewelacyjna), Herodem był równie doskonały Nikolai Schukoff, a Johanaanem Brian Muligan, którego głowę po ścięciu chętnie bym zabrał do Polski i transplantował naszym barytonom.


Po powrocie odbyłem szereg wieczorów autorskich, związanych z dopiero co wydanym „Alfabetem dla zaawansowanych”. Przy okazji musiałem odpowiadać na czasem kłopotliwe pytania uczestników tych spotkań: 

 

Czy dobrze, że Operą Narodową kierować będzie scenograf? – Hmm… zobaczymy. Borys Kudlićka jest wybitnym artystą, człowiekiem inteligentnym i kulturalnym, otrzymał radę nadzorczą (czegoś takiego jeszcze w Operze nie było), której przewodzić będzie Waldemar Dąbrowski. Poczekajmy… tymczasem trzymając kciuki.

 

Czy to prawda, że w Warszawskiej Operze Kameralnej Michał Znaniecki wyreżyserował, ale dla dzieci i podobno młodzieży spektakl Don Giovanni. Jeśli to prawda, to się nie dziwię, bo przed laty w Poznaniu cały sezon operowy ogłosił „rokiem mężczyzn”, a jeden z tytułów premierowych brzmiał „Dzień świra”. Ostatnio Opera Wrocławska zapytała mnie, czy chcę obejrzeć nową inscenizację Don Carlosa, z reżyserią firmowaną tym właśnie nazwiskiem. W obawie, że będzie ona dedykowana nieboszczykom lub noworodkom, pozostałem w domu.

 

Prężnie działające już od ćwierć wieku Stowarzyszenie Wielkopolan w Poznaniu zaprosiło mnie na spotkanie, troszcząc się o losy kochanego tu przez wszystkich Gmachu pod Pegazem. W toku burzliwej dyskusji, podniecanej perspektywą abdykacji dotychczasowej nikiforycznej i niereformowalnej dyrektorki, padła zaskakująca propozycja, aby reaktywować założone przeze mnie przed 60-laty (rany Boskie, ilu nas jeszcze żyje?) Towarzystwo Przyjaciół Opery. Odżyły wspomnienia, szereg bezcennych wydarzeń i przeżyć, które zapamiętało się na zawsze. W latach sześćdziesiątych TPO wspierało epokę Satanowskiego, więc niechby obecnie ratowało swym wsparciem zapędzony na śmietnik chorych koncepcji zubożony zespół tego wybitnego, jakże symbolicznego dla Poznania Teatru.

 

W kilka dni później wspomniałem o tym na spotkaniu z ekskluzywnym gronem operomanów w wykwintnym klubie „Pod Papugami” na Starym Mieście. Jej uczestnicy, rekrutujący się przede wszystkim z moich wiernych czytelników natychmiast rzucili się do organizowania tego przedsięwzięcia. Ja ze swej strony zadeklarowałem rozwagę, refleksję i comiesięczne spotkania operowe w klubie „Pod Papugami”, co jego właściciele pp. Bożena Nawrocka i Zefiryn Grabski przyjęli serdeczną aprobatą.

                                                                  Sławomir Pietras