„Czarodziejski flet“ w Szczecinie

Opublikowano: poniedziałek, 02, czerwiec 2025 06:36
Pietras Sławomir

Począwszy od czasów Mozarta, to jego finałowe dzieło operowe stanowi ozdobę każdego szanującego się teatru operowego. W kręgu dyrektorów teatrów dawniej mówiło się, że antreprener rozpoczynający swą kadencję premierą Fletu daje tym samym znać, że jest wolnomularzem, jako że idee masońskie ukrył w jego treści zarówno librecista Emanuel Schikaneder, jak i poprzez swą genialną muzykę sam Wolfgang Amadeusz. Obaj byli zresztą masonami.

 

Polska tradycja inscenizowania Czarodziejskiego fletu jest bardzo dawna, bo sięga roku 1802, kiedy to Wojciech Bogusławski odkupił od wrocławskiej loży masońskiej muzykę i tekst tego dzieła, bo tam przyjaciele genialnego kompozytora ukryli partyturę i libretto przed zemstą rozjuszonych wiedeńskich „braci”, za ukazanie w spektaklu wolnomularskich obrzędów i tajemnic.

 

Nie dopatrzyłem się śladu tej historii w szczecińskiej inscenizacji Fletu, którą powierzono ambitnej reżyserce Natalii Babińskiej. Przygotowała spektakl klarowny, równoważący jego wymowę filozoficzną z fabułą na poziomie bajki dla dzieci. Dyskusyjna jest jego dwujęzyczność. Mianowicie dialogi mówione realizowane są po polsku, a teksty śpiewane soliści i chór wykonują po niemiecku, czyli w oryginale. Tak więc polski odbiorca pozbawiony jest rozumienia treści śpiewanych i nie w pełni zaradzają temu napisy nad sceną. Czarodziejski flet jest szczytowym osiągnięciem niemieckiego singspielu, czyli muzyczno – komediowej śpiewogry, którą dla jej prawidłowej percepcji byłoby dobrze grać w jednolitej wersji językowej.

 

Bogate elementy reżyserii Natalii Babińskiej budzą uznanie, zwłaszcza prowadzenie ról protagonistów, umiejętne ukrycie chórów poza obszarem sceny, muzykalne rozwiązanie fragmentów zespołowych i sprawny przebieg całości przedstawienia. Towarzyszyła temu wysmakowana scenografia Aleksandry Reda (przydałoby się więcej światła, za co odpowiada Maciej Igielski) i udane kostiumy tej samej projektantki.

 

No a teraz obsada, złożona aż z 18 solistów, toteż na zagranie Czarodziejskiego fletu nie każdy teatr może sobie pozwolić. Jej rewelacją okazała się Królowa Nocy w wykonaniu Marty Mazanek-Matuszewskiej, którą natychmiast porwałbym na największe sceny świata, gdybym był ich dyrektorem, ale niestety nie jestem. Równie doskonale jako Pamina zaprezentowała się Julia Pliś, świetnym Papagenem okazał się Jędrzej Suska, a Sarastrem Karol Skwara. Dawno nie słyszałem tak dobrze zestrojonego tercetu Trzech Dam (Aleksandra Bałachowska-Jagusz, Julita Jabłonowska i Anna Kopytko). 


Zaskoczeniem był dla mnie tenor Łukasz Ratajczak w czołowej partii Tamina. Głos liryczny (na początku przedstawienia jeszcze za mało rozśpiewany), sylwetka sceniczna urodziwego amanta, a umiejętności aktorskie prezentowane z umiarem. Pozostaje pytanie, dlaczego dopiero na szczecińskiej scenie udało się to wszystko zobaczyć. Ano Łukasz Ratajczak jest synem operowego małżeństwa Małgorzaty i Janusza Ratajczaków z Bydgoszczy. Jego losy zawodowe potwierdzają moją wielokrotnie głoszoną tezę, że dzieci artystów chcące robić karierę mają – nie wiedzieć czemu – szczególnie „pod górkę”. Może więc moi młodsi koledzy dyrektorzy teatrów operowych – po przeczytaniu tego co tu napisane – zajmą się przyszłością artystyczną Łukasza Ratajczaka, którego jedyną wadą jest to, że ma rodziców równie jak on utalentowanych operowych artystów.

 

Na razie – jak widać – zajęła się nim Opera na Zamku. Po obejrzeniu z kolei trzeciego spektaklu Czarodziejskiego fletu (17 maja 2025) wyjechałem ze Szczecina w przekonaniu, że w tym teatrze dzieje się naprawdę dobrze. Świadczy o tym również pozostający przy pulpicie młody dyrygent Kuba Wnuk, który poprowadził orkiestrę tak, że nie bałbym się uczynić z tego wykonania nagrania dźwiękowego.

 

Dyrektor Jacek Jekiel w ostatnich dniach ogłosił nazwisko nowego szefa artystycznego Teatru. Została nim Agnieszka Nagórka, z którą przez szereg lat pracowałem w Poznaniu, a teraz podpisuję się obiema rękami pod tym, co o tej nominacji napisał do zespołu dyrektor Jekiel:

 

„Wśród wielu znakomitych kandydatów jedna postać wyróżniła się nie tylko doświadczeniem i kompetencjami, ale – co równie istotne – siłą wizji, głęboką wrażliwością artystyczną i niezachwianą pasją do tworzenia kultury żywej , zaangażowanej, otwartej. Ta kobieta nie tylko zna instytucję, jej potencjał i wyzwania, ona je czuje. Oddycha sztuką. Rozumie, że nowoczesność nie oznacza zerwania z tradycją, ale jej twórcze przetworzenie – z poszanowaniem tego co było, ale z odwagą patrzenia w przyszłość… Dlatego z dumą i pełnym przekonaniem wierzę, że to właśnie ona powinna poprowadzić naszą instytucję w kolejnych latach. Bo nie tylko wie co robić – ale wie dlaczego. A w czasach, gdy kultura potrzebuje głosu mądrego i odważnego – ten głos właśnie dziś usłyszeliśmy”.

 

Nic dodać nic ująć. Po prostu tak trzymać!

                                                                              Sławomir Pietras