O czym przeczytałem w „Białym wielorybie“

Opublikowano: poniedziałek, 28, kwiecień 2025 06:29
Pietras Sławomir

W ramach świątecznych preferencji Wielkanoc zawsze stawiałem wyżej od przeżyć bożonarodzeniowo-noworocznych. Tak więc na redakcyjną sugestię o felieton w wiosennym nastroju, wybrałem opasły wolumin Marka Weissa Biały wieloryb liczący sobie 600 stron i wydany przed prawie dwoma laty. Leżał sobie na półce dotąd nie do końca przeczytany, bo ktoś powiedział mi, że w indeksie nazwisk jestem wymieniany aż 57 razy, konkurując tylko z Robertem Satanowskim (68) i żoną autora Izadorą (72).

 

Wykorzystując teraz Wielki Tydzień, (okres miłosierdzia i przebaczenia) zabrałem się do ponownego czytania. Biały wieloryb – podtytuł W pogoni za ideałem teatru operowego okazał się czytadłem zajmującym, organizującym przestrzeń życia osobistego i działalności zawodowej Marka Weissa, który dawniej nazywał się Grzesiński. Wielość podejmowanych tematów jest nacechowana skrupulatnością, refleksyjnością, wyrazistością osądów, dogłębną znajomością tematów i nie zawsze pozytywną, ale serdeczną oceną szeregu ludzi, z którymi Marek obcował za długiego już przecież życia. Są wśród nich Jerzy Artysz, Aleksander Bardini, Jerzy Bojar, Waldemar Dąbrowski, Bogdan Hoffmann, Katarzyna Hołysz, Jacek Kasprzyk, Sylwester Kostecki, Tadeusz Kozłowski, Agnieszka Kreiner, Bernard Ładysz, Andrzej Majewski, Ewa Michnik, Eugeniusz Mielcarek, Grzegorz Nowak, Wiesław Olko, Krzysztof Penderecki, Andrzej Straszyński, Emil Wesołowski, Janusz Wiśniewski i jeszcze wielu innych.

 

W doskonale napisanym tekście (Marek jest nie tylko reżyserem, ale również dyplomowanym polonistą) dostało się krytycznie i złośliwie Joannie Bruzdowicz, Zdzisławie Donat, Bogusławowi Kaczyńskiemu i Warcisławowi Kuncowi, a obok podziwu i sentymentu nawet Jerzemu Bojarowi i Adamowi Hanuszkiewiczowi.

Wśród wartościowych i pouczających refleksji na temat własnych spektakli, ustrojowych uwag dotyczących życia w PRL-u (sam był niegdyś pionierem!) licznych ciekawych i wartościowych przyjaźni, barwnych dziejów jego życia osobistego i artystycznego, kreślonych pełnym swobody i talentu piórem, najbardziej dostało się Robertowi Satanowskiemu. Mimo, że to on właśnie powierzył Markowi do reżyserowania pierwszych 14 spektakli we Wrocławiu i Warszawie. Wtedy to Marek przeniknął osobowość, możliwości dyrygenckie i umiejętność kierowania teatrem swojego szefa. Wszystko to ocenił niezwykle krytycznie, że nie powiem negatywnie, wspominając w swej książce Satanowskiego kilkadziesiąt razy, zaraz po żonie, a tuż przede mną.


O mnie napisał tak: „Obaj z Pietrasem byliśmy w sztuce dyrektorowania uczniami Satanowskiego… Jestem przekonany, że w operze powinien to być dyrygent… Może się jednak zdarzyć, że za sterem stanie człowiek innej profesji, ale to musi być wyjątkowa osoba, związana z operą w sposób szczególnie głęboki. Taką osobą był z pewnością Sławomir Pietras… Przeniósł się z Łodzi i uczynił z tamtejszego Teatru Wielkiego jedną z najciekawszych w skali kraju scen muzycznych o świetnym repertuarze wykonywanym przez młody utalentowany zespół. Konkurencja między naszym Teatrem Wielkim, a łódzkim rozwijała się dynamicznie i dobrze służyła sprawie opery w Polsce. Pietras okazał się znakomitym dyrektorem i świetnym łowcą talentów. Był złotoustym mówcą, w przeciwieństwie do Satanowskiego i bezbłędnie potrafił promować w każdej wypowiedzi swój teatr i swoich ludzi. Górował nad moim dyrektorem także i tym, że nie był artystą i bez żadnej zazdrości o sukcesy umiał wychwalać śpiewaków, dyrygentów i reżyserów wiedząc, że ich blask spływa na niego i pomnaża jego dobra”. 

 

Jest tam tego – pozytywnie i negatywnie – o wiele więcej, ale trudno, aby było inaczej, gdy się przepracowało z sobą wiele lat, uprawiając „szorstką przyjaźń”, podczas realizowania aż 25 wielkich produkcji operowych w Łodzi, Warszawie i Poznaniu.

 

Potem nastąpiła jego ośmioletnia dyrekcja w Operze Bałtyckiej, o czym marzył i zabiegał, choć się do tego nie przyznaje. Z wypiekami na twarzy czytam teraz jego liczne problemy, z jakimi musiał się zmierzyć na Wybrzeżu. Ale też odnosił niemałe sukcesy (między innymi te słynne bezpośrednie transmisje na kanale Mezzo). Niestety nie dzielił się wtedy nimi ze mną na bieżąco uważając, że zbyt krytycznie podchodzę do talentu i dokonań choreograficznych jego żony. 

 

Konfrontując pracę reżysera z doświadczeniami dyrektora teatru szczególnie wzruszył mnie passus na str. 549: „Wyjeżdżając z Gdańska przyrzekłem sobie, że nie będę już rządził ludźmi i poświęcę się temu, za co ja tylko będę odpowiadał jako artysta. Literatura – to była dziedzina – do której przygotowywałem się na studiach i którą zdradziłem dla teatru. Postanowiłem do niej wrócić na zawsze”.

 

Mareczku, ponownie odkładając na półkę twego Białego wieloryba ponownie odkrywam, że jesteś niesfornym, niepokornym, ale równie wybitnym pisarzem, co reżyserem. W dalszej perspektywie spróbuj to pogodzić. Szkoda, że już nie pod moją dyrekcją!

                                                                                Sławomir Pietras