Nie często mi się zdarza powracać na ten sam spektakl, aby przeanalizować jego wykonanie zwłaszcza, kiedy na scenie mamy do czynienia z różnymi obsadami. Czynią to często również bywalcy teatrów operowych, gdzie solowe role śpiewaków i tancerzy – bywa – sięgają dwukrotnych, a nawet liczniejszych dublur.
Tak postąpiłem w przypadku baletu Arama Chaczaturiana Spartakus, który w Operze Śląskiej święci właśnie tryumfy, a tamtejsi melomani opowiadali mi, że od lat scena bytomska nie była tak tłumnie oblegana nie tylko na spektaklach baletowych, bo również na repertuar operowy zdobycie biletów jest nie lada wyczynem (np. ostatnio spektakle Nabucca z udziałem Andrzeja Dobbera).
Obejrzałem więc dwukrotnie Spartakusa 16 marca i 5 kwietnia, zachwyciłem się jego koncepcją choreograficzną i poziomem muzycznym, a teraz pora na skomentowanie tańczenia solistów.
Rolę tytułową powierzono brazylijskiej gwieździe Douglasowi de Oliveira Ferreira i włoskiemu soliście Alberto Pecettiemu. Obaj zasługują na wysokie uznanie, przy czym Brazylijczyk stworzył kreację dojrzałą i dynamiczną, a Włoch błysnął ujmującym liryzmem w duetach i partnerowaniu. W każdym spektaklu na zmianę wykonują również rolę Gladiatora i czynią to równie interesująco.
Michalina Drozdowska jako Frygia to przykład idealnej linii klasycznej i tanecznego aktorstwa pełnego umiaru, powściągliwości i wdzięku. W tej samej roli młoda Brazylijka Thais Henrique Rocha udowadnia, że pnąc się w górę wśród konkurentek bytomskiego zespołu w tańcu solowym nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a stając na scenie sugeruje, aby ją pilnie obserwować.
Twórca tego świetnego spektaklu, słowacki choreograf Robert Balogh tak skonstruował jego przebieg, że postać „bogatego, okrutnego, nieludzkiego i aroganckiego” wodza Krassusa wysuwa się zdecydowanie na plan pierwszy. Poradził sobie z tym nadzwyczaj dobrze stojący na scenie dopiero od dwóch sezonów, mający obecnie zaledwie 21 lat Wiktor Perdek, urodzony i wykształcony w Bytomiu, od czasów szkolnych wielokrotnie już nagradzany nie tylko za poziom tańczenia, ale również debiuty choreograficzne, sygnalizujące jego perspektywę również w tej dziedzinie. Jako Krassus błysnął wysokim skokiem, precyzyjną zwrotnością, pewnymi piruetami i niezawodną techniką klasyczną. Oklaskując to, część braw kierowałem do Grzegorza Pajdzika, jego szkolnego pedagoga, a obecnie szefa baletu.
Od kilku dni ma on na głowie kłopot, od którego mogą mu wypaść włosy z obfitej dotąd czupryny. Niedawno zgłosił się do niego z pewnym problemem czołowy solista Maciej Pletnia, o którym kiedyś napisałem, że jest moim koniem wyścigowym, urodzonym w Radzionkowie wykształconym w bytomskiej Szkole Baletowej, mieszkający w Tarnowskich Górach, a na scenie z zadziwiającym talentem, umiejętnościami oraz aparycją dawno tu nie oglądaną.
Młody śląski gwiazdor widocznie tak sobie wziął to wszystko do serca, nasłuchawszy się ponadto mnóstwa innych sugestii i komplementów, że postanowił zrobić kolejny krok w dotychczasowym tańczeniu. Oświadczył mianowicie, że opuści Balet Opery Śląskiej i przeniesie się do Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, mającego siedzibę również blisko Tarnowskich Gór, bo w Koszęcinie.
Opowiedział mi o tym Grzegorz Pajdzik, którego dotychczasowe pertraktacje z tym artystą dosłownie nic nie dały. Obecnie baletowy potencjał Macieja Pletni mógłby interesować każdy renomowany zespół z repertuarem klasycznym. Takie pokusy skierowane do niego mogłyby niepokoić macierzystą Operę Śląską, ale zamiar związania się z zespołem „Śląsk” budzi zaskoczenie, zdziwienie, niepokój i wydaje się nieporozumieniem. Dotychczasowy perfekcyjny interpretator takich kreacji jak Spartakus (jeszcze w Teatrze Wielkim w Łodzi), Basilio, Makbet, czy zjawiskowy Krassus, nagle podejmuje zamiar wpasowania się do tańca ludowego, zespołowego i wykluczającego kontynuację tak świetnie rozpoczętej gwiazdorskiej kariery. Mój pogląd nie ma nic wspólnego z jakością artystyczną tańczenia zespołu „Śląsk”. Ale baletowa decyzja Pletni jest tym, czym w Operze byłby po sukcesie solistki śpiewającej Halkę, Toskę, czy Aidę, zamiar reszty życia występowania tylko w chórze. Zwróciłem się w tej sprawie do prof. Kazimierza Cieśli, który wykształciwszy tego artystę, będącego dotychczas chlubą swego regionu, też nie może zrozumieć, co się temu Maćkowi stało.
A czemu mnie to tak poruszyło ? Co najmniej z kilku powodów: Chodzi o tancerza pochodzeniem, wykształceniem i korzeniami związanego ze Śląskiem, czołowego solistę baletu na tle imponująco zwyżkującego poziomu zespołu, repertuaru, w którym bryluje jak nikt inny w Teatrze, gdzie o bilety trzeba się starać z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Wreszcie tancerzem, którego kiedyś nazwałem swym „koniem wyścigowym” mimo, że osobiście go nie znam, a jeśli odejdzie z Opery Śląskiej, tym bardziej nie będę chciał go więcej znać!
Sławomir Pietras