Od kilku sezonów przychodziły z Wrocławia interesujące wiadomości o felietonach na falach Radia Rodzina, które wygłaszał Paweł Skrzywanek, posługując się hasłem „Radiowy kaowiec, czyli kulturalnie o Wrocławiu”. Dopiero teraz mogłem zapoznać się z tą barwną i odważną publicystyką, bo otrzymałem właśnie tak zatytułowany jej tom, wydany przez wrocławski Ośrodek Kultury i Sztuki.
W ostatnich dniach nie mogę oderwać się od tych interesujących tekstów. Paweł Skrzywanek od lat jest prominentną postacią wrocławskiej kultury. Przywoływane w jego felietonach indywidualności środowiska wrocławskiego, pasmo interesujących wydarzeń i zjawisk stanowią utrwalenie kulturalnych barw tego niezwykłego miasta, w którym aż trzykrotnie udało mi się funkcjonować, o czym wspomina autor.
Czytam to z zazdrością, bo w moim Poznaniu pies z kulawą nogą nie interesuje się promowaniem publicystyki kulturalnej, czego przykładem są moje kolejne tomy felietonów, wydawane własnym sumptem.
Jest wprawdzie jeden chlubny wyjątek, ale dotyczy sztuki fotografowania. Wydawnictwo Miejskie Poznania opublikowało czarno-biały album, zatytułowany „Maciej Hadrych – taniec”. Z artystą tym mam do czynienia od jego i mojej młodości, gdy ukończywszy architekturę zawsze zajmował się fotografowaniem baletu, najpierw ożeniony z utalentowaną i urodziwą tancerką, a potem wierny aż po dzień dzisiejszy swej tanecznej, fotograficznej pasji.
Wszystko to wyziera z fascynujących stron albumu, opatrzonego zacytowaną, niestety powierzchowną i tandetną opinią samego Conrada Drzewieckiego, oraz sążnistym wymądrzaniem się prof. dr hab. Ewy Wycichowskiej, która odkąd nabrała na siebie tych – w jej przypadku – pretensjonalnie brzmiących tytułów, sama wydaje się nie pojmować, o czym właśnie mówi.
Co innego Mirosław Różalski, niegdysiejszy baletmistrz i asystent Conrada, którego chociaż w kilku zdaniach zacytuję: „Zdjęcia Macieja Hadrycha to świat, którego już nie ma. To świat tańca niekreowany, nieustawiany, niepozowany… To także niezwykły fotograficzny dokument o tamtych czasach, tamtych artystach, tamtych spektaklach… Wraz z nim jesteśmy świadkami tego, co być może zniknęło już z naszej niedoskonałej pamięci, ale na szczęście pozostało na fotografiach Macieja Hadrycha”.
Przed kilkoma dniami zadzwoniła moja wieloletnia współpracownica Agnieszka Nagórka – dyrygentka, która przełamała we mnie niewiarę i ostrożność do profesji dyrygenta w wydaniu kobiecym. Licząc wstecz, jest ona dyplomantką Antoniego Wita, którego dyrygowania wyuczył Henryk Czyż, będący wychowankiem Waleriana Bierdiajewa. Tak więc Agnieszka w sztuce posługiwania się batutą jest prawnuczką tej wybitnej postaci polskiej sztuki operowej ubiegłego stulecia. Potwierdziła to swą kreatywnością, umiejętnością pracy z zespołami, a przede wszystkim talentem muzycznym i precyzyjną techniką dyrygencką. Okazuje się, że podjęła decyzję kandydowania na stanowisko szefa artystycznego Opery na Zamku w Szczecinie. Zapytana o powód powiedziała, że jest to instytucja i orkiestra z którą najlepiej się jej współpracowało, jak sięga pamięcią. Udzielam rekomendacji, będąc – jak nikt inny – pewnym, co polecam i o czym mówię!
Z Łodzi otrzymałem wiadomość, że w każdą niedzielę o godz. 13 w sali Teatru Komedii Impro przy ul. Piotrkowskiej Off można usłyszeć i zobaczyć wybitną pianistkę Lenę Ledorff, mistrzowsko grającą Chopina i nie tylko. Artystkę tę poznałem podczas ubiegłorocznego pobytu w artystycznej wiosce Janowo, gdzie słuchałem jej recitalu. Mamy do czynienia z wirtuozką śmiało rozszerzającą swe prezentacje poza sztywny recitalowo – filharmoniczny sposób wykonywania repertuaru, mieszając go z jazzem, improwizacją i interpretacją daleką od zwyczajowych standardów. Wielokrotnie słyszano ją w Pradze, Bratysławie, Paryżu, Budapeszcie, Toronto, Ottawie, Montrealu, Kijowie, Rydze, Tallinie i St. Petersburgu, gdzie wprawdzie się urodziła, ale od 30 lat mieszka w Polsce i z Putinem nie ma nic wspólnego. Mój zachwyt nad postacią i sztuką tej rosyjskiej artystki niechże będzie przejawem poglądu, że zjawiska polityczne nieraz dzieliły nas, dzielą i zapewne będą dzielić. Ale w dziedzinie kultury, sztuki, a zwłaszcza muzyki w aspekcie twórczym i wykonawczym powinny nas łączyć, gdyż Polacy pozostają rozmiłowani w twórczości Czajkowskiego, Prokofiewa czy Szostakowicza, a Rosjanie pałają niezmiennym szacunkiem do naszego Chopina, Moniuszki czy Szymanowskiego.
Tymczasem wybieram się w najbliższą niedzielę do Łodzi, aby zobaczyć i usłyszeć Lenę Ledorff, która stanowi symbol wartości cenniejszych od tego, co dzieje się obecnie między politykami rosyjskimi a resztą świata i co wyrabia – miejmy nadzieję – chwilowa postać, jaką jest Wladimir Putin.
Sławomir Pietras