Wrażenia z Rumunii i promocja „Alfabetu”

Opublikowano: poniedziałek, 10, marzec 2025 06:22
Pietras Sławomir

W moim pełnym od bliższych i dalszych podróży życiorysie tak się złożyło, że nigdy nie byłem w Rumunii. Ba, niewiele wiedziałem o jej przeszłości, związkach z Polską, sytuacji obecnej i ludziach, których – nie zawsze słusznie – kojarzono z narodem cygańskim.

 

Teraz jestem o wiele bardziej uświadomiony i wyedukowany. Od wielu lat miałem do czynienia pośrednio, lub bezpośrednio z wybitnymi rumuńskimi śpiewakami: Nicolae Herlea (baryton), Arta Florescu (mezzosopran), Ion Piso (tenor), Ileana Cotrubas (sopran ) czy znany głównie we Francji reżyser rumuńskiego pochodzenia Patryka Ionesco, któremu podczas Damy pikowej zawaliły się dekoracje w Genewie, o czym opowiadała mi Teresa Żylis-Gara, która w spektaklu tym śpiewała Lisę, ale akurat była za kulisami, więc ocalała.

 

Wróciłem właśnie z Bukaresztu, gdzie wraz z operową elitą Grand Touru oglądałem w tamtejszej Operze Narodowej Kopciuszka Sergiusza Prokofiewa i Trubadura Giuseppe Verdiego.

 

Jeśli chodzi o stołeczny balet rumuński, to tańczy na klasycznym dobrym poziomie i posiada szereg wirtuozowsko wyszkolonych solistów. Toteż komediowe role żeńskie tradycyjnie tańczone przez mężczyzn wywoływały huragany braw, a sceny zespołowe budziły uznanie swą dyscypliną i precyzją.

Następnego dnia obejrzeliśmy Trubadura w tradycyjnej reżyserii Mario De Carlo z Jurie Florea przy pulpicie dyrygenckim, akompaniującym solistom z wrażliwością i muzykalnością, jakby wywodził się z profesji fortepianowego korepetytora, co również zauważyła obecna z nami Danuta Pęczkowska, znakomita pianistka i akompaniatorka solistów w Teatrze Wielkim w Łodzi jeszcze za moich czasów.

 

Obsada – sądząc po nazwiskach – składała się wyłącznie ze śpiewaków rumuńskich. Na jej czele postawiłbym barytona Adriana Márcana w partii Hrabiego Luny, który może być ozdobą każdej obsady w najlepszych teatrach operowych świata. Manrikiem, czyi bohaterem tytułowym był Marius Vlad Budoin, tenor o pięknym głosie, który rozśpiewał się dopiero po pierwszych nieśmiałych scenach. Jego matkę Azucenę wykonywała zbyt młoda na tę rolę mezzosopranistka Sorana Negrea, która gdy dojrzeje wiekowo może być usunięta z teatru, jak to się coraz częściej dzieje u nas, na przykład w Łodzi.

 

Partę Leonory powierzono Simonie Neagu, artystce głosem, aktorstwem i urodą przypominającą na przemian Dorotę Wójcik i Monikę Cichocką, soprany, które nie tak dawno zaangażowałem w Łodzi tuż po studiach, a teraz próbują się ich pozbyć moi – pożal się Boże – następcy.


Basową rolę Ferranda śpiewał Iustinian Zetea jeżdżąc po scenie – nie wiedzieć czemu – na wózku inwalidzkim mimo, że odgrywał postać dowódcy straży zamkowej, wymagającej wręcz wojskowej musztry. Jednak do ukłonów finałowych wyszedł już o własnych siłach, a ja odetchnąłem z ulgą, że nie jest dobrze śpiewającym inwalidą.

 

W epizodach podobali mi się Sidonia Nicea (Inez) i Ioan Coca (Ruiz) co świadczy, że Rumuni posiadają obecnie – podobnie jak my Polacy – silną ekipę najmłodszego pokolenia operowych śpiewaków.

 

Słuchając opowieści naszego przewodnika Pana Michała odniosłem wrażenie, że Rumuni zbyt często, a czasem nawet rzewnie wspominają czasy Nicolae Ceausescu, prymitywnego dyktatora i okrutnika, z zawodu szewca, który wraz ze swą żoną Heleną (w młodości była sprzątaczką) doprowadzili Rumunów do ruiny, choć pozostawili w kraju szereg imponujących, bogatych budowli i rozwiązań architektonicznych.

 

Z takimi wrażeniami wróciłem do Ojczyzny, gdzie czekała mnie seria wieczorów z melomanami, podczas których promuję swą najnowszą książkę „Alfabet dla zaawansowanych”, ale nie tylko. Przed kilkoma dniami byłem w podpoznańskich Pobiedziskach we wspaniałej Bibliotece, niedawno stworzonej z podziwu godnym architektonicznym rozmachem i smakiem, w gmachu dawnego dworca kolejowego.

 

Inicjatorzy tego spotkania państwo Aleksandra i Jan Mazurkowie, dyrektorka Biblioteki Małgorzata Halber oraz duża grupa miejscowych stałych bywalców, podczas rozmowy wspierali mnie w idei zorganizowania festiwalu im. Jerzego Waldorffa, który spędził w tych stronach dzieciństwo i młodość, a zawsze uważał się za syna ziemi wielkopolskiej.

 

Niedługo, bo 10 marca spotykam się z operomanami w Łodzi, potem pewnie we Wrocławiu (Klub Muzyki i Literatury), w Warszawie koniecznie (ożarowski Mazurkas), w Operze Nova w Bydgoszczy i wszędzie tam, gdzie będę zaproszony. Tymczasem – jak zawsze – sprzedażą „Alfabetu” zajęła się nieoceniona redakcja „Angory”, o czym w każdym numerze obwieszcza anons na stronie 36. W ten sposób zamiast zalegać na półkach księgarskich, kolejna moja książka trafiać będzie bezpośrednio do moich czytelników, zwłaszcza melomanów, a ja zabieram się do pisania następnych. 

                                                                      Sławomir Pietras