Wydarzenia śpiewane, gadane i pisane

Opublikowano: poniedziałek, 10, luty 2025 06:30
Pietras Sławomir

Ponad rok temu odbyła się w Teatrze Wielkim w Poznaniu premiera operowej wersji Ślubu Witolda Gombrowicza z muzyką Zygmunta Krauzego. Opowieść o świecie zniszczonym wojną nigdy nie była w teatrze operowym szczególną atrakcją dla publiczności. Zwłaszcza teraz, kiedy mamy tego codziennie w nadmiarze. Librettem i reżyserią zajął się Krzysztof Cicheński, co urodziło widowisko wprawdzie intensywne, lecz operując śpiewanymi dialogami, trudne do wysiedzenia i wysłuchania.

 

Wszyscy wykonawcy spisali się dzielnie z Michałem Partyką (Henryk), Piotrem Kaliną (Władzio), Moniką Mych (Matka) i Janem Monowidem (Pijak) na czele. Ze skomplikowanych zadań ruchowych i wokalnych dobrze wywiązał się chór, a orkiestra pod dyr. Katarzyny Tomali – Jedynak zagrała tę skomplikowaną partyturę na znanym nam przyzwoitym poziomie.

 

Pozostaje pytanie, po co to wszystko. Telewizyjny zapis premierowego przedstawienia publiczność okrasiła wątpliwymi brawami, jakby kilku melomanów obudziło się w finale spektaklu i … dało sobie po pysku ! Po transmisji na ekranie wyświetlono nie tylko nazwiska realizatorów i obsady ale wpis wszystkich pracowników Poznańskiej Opery od dyrektorki po kasjerkę biletową i radcę prawnego. Można by dopisać jeszcze listę widzów, bo spektakl grany był dotychczas bodaj tylko trzy razy.

 

Nie każdy utwór dramatyczny jest interesującym tworzywem dla sztuki operowej. Ale widocznie nie wiedziała o tym dyrektorka Teatru Wielkiego w Poznaniu, która zamówiła ten utwór, ani Narodowy Instytut Muzyki i Tańca, który finansując to przykre dla widzów i męczące dla wykonawców przedsięwzięcie, nie po raz pierwszy zasugerował, że jest instytucją niekompetentną i niepotrzebną.

 

Również wydarzeniem, ale publicystycznym i od 20 lat emitowanym w TVN24 na żywo był jubileusz „Szkła kontaktowego”, transmitowany z Teatru 6. Piętro, prowadzony przez wytrawnych komentatorów Tomasza Sianeckiego i Wojciecha Zimińskiego.

 

Zabrakło pionierów tego programu Brunona Miecugowa i Marii Czubaszek, bo już nie żyją, oraz Krzysztofa Daukszewicza, bo popadł w niełaskę za pewną, niefortunną wypowiedź. Wszak to przecież satyryk i to wybitny, nestor „Szkiełka” i ulubieniec telewidzów. Jego brak w tym programie jest dotkliwą stratą. 


 

Popularność i wysoka oglądalność „Szkła kontaktowego” stoi spontanicznymi dialogami takich osobowości, jak Jerzy Iwaszkiewicz, Wojciech Fiedorczuk, obaj Jachimkowie, Michał Kempa, a ostatnio Radomir Wit, który „tańcuje” na coraz większej ilości telewizyjnych wesel, ale robi to z talentem, precyzją i pracowitością.

 

Zaletą „Szkła” są improwizowane interesujące rozmowy, których ofiarą padł tak wspaniały gawędziarz, jak Krzysztof Daukszewicz (stanowczo należy ponownie zaprosić go do programu), a trudną do usunięcia wadą, często mało istotne, a nawet głupawe wypowiedzi dzwoniących telewidzów. Ale mimo to jestem codziennym widzem i słuchaczem „Szkła kontaktowego”, któremu – podobnie jak kilka milionów telewidzów – deklaruję wierność na dalsze sezony i lata. 

 

To było wydarzenie „gadane”, a teraz przechodzę do „pisanego”. Mój felietonowy sąsiad z górnej szpalty Henryk Martenka, który na końcowych stronach naszego tygodnika publikuje interesujące informacje o „Hymnach narodów świata”, często poza tym chwyta za swe pełnej inwencji pióro i dzieli się z nami obszernymi, oryginalnymi, odważnymi refleksjami, głownie z dziedziny polityki, ale nie tylko.

 

Tym razem na str. 14 poprzedniego numeru „Angory” z 2 lutego 2025 publikuje artykuł pt. „Studium bezwstydu”, w całości poświęcony Donaldowi Tuskowi. Już w pierwszych wersetach stwierdza, „że nie ma dziś czynnego polskiego polityka, który dorównywałby pozycją Tuskowi… i wyrósł na męża stanu mającego ogromne doświadczenie, niekwestionowany dorobek i oczywistą charyzmę. Stal się europejskim przywódcą , jedynym być może, który ma szansę stać się najważniejszym partnerem w relacji z Donaldem Trumpem. Potwierdził swój potencjał, prezentując cele polskiej prezydencji w Unii w Parlamencie Europejskim w Strasburgu. Jego wystąpienie deputowani Europy nagrodzili owacją na stojąco. Aplauz sali był poruszający, bo Tusk trafił w to, co Europie potrzebne i co oczekiwała”.

 

Henryk Martenka w sposób mistrzowski rozprawił się z bezwstydnymi krajowymi wrogami politycznymi Tuska, którzy kolejno kompromitowali się przed Europą, obrzucając błotem polskiego premiera w Strasburgu. Pozostając pod wielkim wrażeniem tego, co napisał Martenka, dodaję od siebie: Bez względu na to, jak potoczy się rozpoczęta właśnie kampania, prezydentem powinien teraz zostać właśnie Donald Tusk, bo to rozwiązanie optymalne, właściwy moment i potrzeba najpilniejsza dla Polski i Polaków.

 

Ale kto go do tego powinien przekonać? My z Martenką w „Angorze” zaczynamy od siebie!

                                                                                         Sławomir Pietras