Noworoczne nowinki a za oknami śnieżyca

Opublikowano: poniedziałek, 20, styczeń 2025 06:49
Pietras Sławomir

Nowy Rok został zainaugurowany wspaniałym przemówieniem Donalda Tuska na uroczystym otwarciu w Teatrze Wielkim w Warszawie polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Słuchając płynących prosto z głowy słów Premiera i obserwując jego trudne zmagania z naszą rzeczywistością polityczną, jeszcze raz upewniłem się jako wyborca i obywatel, że to właśnie On powinien w rozpoczętym właśnie roku zostać prezydentem Rzeczypospolitej. Wśród wielu przemawiających za tym argumentów wynika to również z kalendarzowego pokolenia.

 

Moi młodsi idole: Radosław Sikorski (inteligentny taktyk), Rafał Trzaskowski (skuteczny i przedsiębiorczy), Szymon Hołownia (błyskotliwy wizjoner), wśród ogromu zadań które wykonują ku chwale Ojczyzny, niechby odczekali najbliższe kadencje, a później również na nich przyjdzie czas, co przewiduję w imieniu milionów zapatrzonych w nich zwolenników.

 

Na inauguracji również zabrał głos przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa (z kartki), przekazując nam wiele z serca płynących słów. Nasz hymn narodowy, fragment finału IX Beethovena (Oda do radości) oraz wokalizy w utworze Radzimira Dębskiego wykonał perfekcyjnie chór Opery Narodowej, złożony z większości leciwych już śpiewaków i zaawansowanych wiekowo śpiewaczek, co widać było za sprawą złośliwych telewizyjnych kamerzystów. Zapowiadała – jak zwykle w takich lukratywnych okolicznościach – Grażyna Torbicka, wyglądająca nieco młodziej niż chór, ale tym razem roznegliżowana od pasa w górę.

 

Po przemówieniach, dostojni goście zmuszeni byli wysłuchać ciągnącego się grubo ponad godzinę utworu skomponowanego na tę okazję przez Radzimira Dębskiego, pseudonim Jimek (syna Krzesimira i piosenkarki Anny Jurksztowicz). Świetnie grająca pod jego dyrekcją orkiestra Opery Narodowej pokonała tą hałaśliwą, dźwiękowo mało oryginalną, przepełnioną nadmiernymi efektami perkusyjnymi kompozycję, wywołując grzecznościowe tylko brawa mimo, że zapowiadano ją jako muzykę „opowiadającą o polskiej tożsamości” (sic!).

 

Ciekawe, kto wpadł na tak niefortunny pomysł, mając w obliczu Europy do dyspozycji muzykę Chopina, Moniuszki, Szymanowskiego, Pendereckiego, Lutosławskiego czy Kilara. Z tej twórczości któryś z naszych wybitnych dyrygentów np. (Antoni Wit lub Jacek Kaspszyk) ułożyliby stosowne potpourri z udziałem takich rozpoznawalnych na świecie gwiazd jak Aleksandra Kurzak, Piotr Beczała, nie mówiąc już o naszym dobru narodowym Krystianie Zimermanie, który po latach milczenia zachwycił nas noworocznie telewizyjną rozmową z Moniką Olejnik. Gdyby natomiast zagrał na inauguracji polskiej prezydencji, zwróciłoby to – ani chybi – uwagę całego świata.


Inną wersją oprawy artystycznej tej inauguracji mógłby być występ Polskiego Baletu Narodowego z tańczonymi utworami Chopina, mazurem Moniuszki, kawałkami Harnasi Szymanowskiego czy Krzesanego Kilara. Na widowni zauważono nieobecność pani przewodniczącej Ursuli von der Leyen, która na wieść o sążnistym utworze inauguracyjnym wolała leczyć zapalenie płuc we własnym łóżku. Natomiast z ulgą przyjęliśmy nieobecność naszego prezydenta, który – jak się okazało – pojechał sobie na narty. Należę do tych, którzy życzą mu, aby zjeżdżał z publicznych występów już do końca kadencji, nie tylko z ośnieżonych szczytów.

 

Filmująca wszystko wścibska telewizyjna kamera pokazywała nam, jak trudnym zadaniem jest rozmieszczanie na widowni tak dużej ilości ważnych, utytułowanych i prominentnych postaci. Wśród nich raz tylko mignęła mi zatroskana twarz dyr. Waldemara Dąbrowskiego i wciśnięta w dalsze fotele sylwetka Anny Wróblewskiej, naszego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a więc przełożonej wszystkiego, co dzieje się w gmachu Teatru Wielkiego.

 

Kilka dni wcześniej (29 grudnia) na jego widowni uczestniczyłem w szeregowym (59 – tym) spektaklu Czarodziejskiego fletu Mozarta w doborowej obsadzie, składającej się prawie wyłącznie z absolwentów Akademii Operowej przy Teatrze Wielkim z Gabrielą Legun (Pamina), Katarzyną Drelich (Królowa Nocy) i Kamilem Zdeblem (Papageno). Dyrygował – podobno po raz pierwszy w Operze Narodowej – młody dyrygent Adam Banaszak, nasz poznański wychowanek, potem szef muzyczny Opery Wrocławskiej, dyrektor artystyczny Teatru Wielkiego w Łodzi, a obecnie kierownik muzyczny Orkiestry Instrumentów Dawnych Warszawskiej Opery Kameralnej. Dzięki jego mozartowskiej interpretacji, nienagannej współpracy z solistami i idealnym panowaniem nad orkiestrą, jeszcze raz przeżyłem z pełną satysfakcją moje ulubione dzieło operowe, mimo kontrowersyjnej, ale skupiającej uwagę inscenizacji. Nie zauważył tego komplet jak zwykle eleganckiej publiczności, oklaskującej wszystko, ale najbardziej młodego dyrygenta po zakończeniu przedstawienia.

 

To tyle noworocznych nowinek warszawskich. Jest wszakże wśród nich jeden pogrążający w zadumie smutek. W dniu 3 stycznia zmarł Andrzej Klimczak, współzałożyciel Opery Kameralnej, jej dyrektor w latach 2019-2024 „Jego odejście jest ogromną stratą dla świata opery, a koledzy wspominają go jako wybitnego artystę, patriotę i dobrego człowieka” – napisano na Facebooku.

 

Był bas-barytonem mającym w repertuarze aż 50 pierwszoplanowych partii operowych. Jako bardzo młody śpiewak współpracował ze mną jeszcze we Wrocławiu…To było dawno. Teraz pozostał tylko smutek.

                                                                 Sławomir Pietras