Coś do czytania, słuchania i oglądania...

Opublikowano: poniedziałek, 02, grudzień 2024 06:35
Pietras Sławomir

Zanim Ameryka nacieszy się nowym prezydentem, zanim Rosja ruszy przeciwko – jak mniema – otaczających ją wrogów, za nim Ukraina do końca okaże się niewdzięczna wobec wspierającej ją Siostry z Zachodu, a u nas zagryzą Donalda Tuska, który niefortunnie skomponował rząd i coraz trudniej sobie radzi z otaczającym bałaganem, czyli zanim wybuchnie trzecia wojna światowa, postanowiłem zasugerować moim czytelnikom co czynić, aby to wszystko wytrzymać i przetrwać. 

 

Wśród spektakularnego bałaganu, jaki panuje nie tylko w moim kraju, ale również w mojej bibliotece, znalazłem książkę, której istnienia poza moją świadomością od dwóch lat nie mogę sobie wybaczyć.

 

Są to Gawędy o operze Jacka Marczyńskiego, pięknie wydane przez PWN. Ale nie są to gawędy. Bardziej impresje, eseje, zbiór wielu nieznanych informacji o sztuce operowej, jej twórcach i wykonawcach, napisane barwnym, a jednocześnie rzeczowym językiem. Tematyka została rozplanowana w ujęciu historycznym, ale przepełniona jest opisem atrakcyjnych wydarzeń, ciekawymi refleksjami, a nawet anegdotami, co czytanie czyni jednocześnie pasjonującym i pouczającym.

 

Dowiadujemy się kolejno skąd się wzięła opera, jak przeniesiono ją na polski grunt, kim byli jej wcześni twórcy, a później Rossini, Donizetti, Bellini z epoki belcanto. Wreszcie postacie Giuseppe Verdiego, Giacomo Pucciniego, czy Ryszarda Wagnera, bez których twórczości nie można sobie wyobrazić gatunku operowego. A perypetie Czajkowskiego, Mozarta, Ryszarda Straussa, Albana Berga, czy Karola Szymanowskiego, a już w naszych czasach Krzysztofa Pendereckiego, to stronice pełne mało znanych, a emocjonujących faktów. Do nich zaliczam również rozdział „Kilku ojców polskiej opery”, gdzie mowa oczywiście o Moniuszce, ale nie tylko.

 

W rozważaniach Marczyńskiego nie brakło refleksji na temat znaczenia dyrygentów i reżyserów, wpływu śpiewaków, a zwłaszcza śpiewaczek na popularność sztuki operowej oraz licznych przemian w jej bogatej historii, aż po prognozy na przyszłość.

 

Wszystko to przepełnione unikalnym zasobem wiedzy i rozeznania w temacie, napisane atrakcyjnie, z zaskakująco celnym ujęciem tematów. Namawiam PWN do zrealizowania następnego wydania, które rozejdzie się jak świeże bułeczki.


Tak wygląda moja oferta na przedwojenne czytanie czegoś wartościowego. Natomiast do słuchania rekomenduję – pro domo sua – mój cykl comiesięcznych wieczorów w nowej siedzibie Polskiego Teatru Tańca, podczas których omawiam życie i twórczość najwybitniejszych polskich choreografów XX wieku. Mówiłem już o Niżyńskim, Wójcikowskim, Parnellu a w najbliższych miesiącach będzie o Miszczyku, Paplińskim, Kaplińskim, Jarzynównie-Sobczak, Kujawie, Borkowskim, Grucy i Drzewieckim.

 

Robię to już teraz, bo pod okupacją ruską będzie to zabronione. Okupanci ze Wschodu nie pozwolą zapewne również na oglądanie amerykańskich musicali. Dumny ze wszystkiego, co dzieje się w poznańskim Teatrze Muzycznym zaprowadzam moich gości z Warszawy, Wrocławia, Łodzi, czy rodzinnego Zagłębia Dąbrowskiego na ostatnią premierę Drogi Ewanie Hansenie, którą zachwycałem się już w moim felietonie.

 

Na kolejnym spektaklu 16 listopada po raz pierwszy widziałem nowych odtwórców solowych ról, którzy wzbudzili moje uznanie. Byli to Iga Klein, Katarzyna Tapek, Agnieszka Wawrzyniak, Radosław Elis i Seweryn Wieczorek, a przede wszystkim Maciej Badurka w roli tytułowej. Ten imponująco wykształcony solista musicalowy, zarówno muzycznie, wokalnie, jak i aktorsko, przybył do Poznania z Teatru Muzycznego w Gdyni. Posiada wysokiej klasy umiejętności dialogowania, swobodnie porusza się po scenie i jest właśnie takim solistą, o jakich marzyła Danuta Baduszkowa i jakich kształciła w swoim gdyńskim Studio.

 

Codzienność poznańskiego Teatru Muzycznego to nie tylko ciekawy i oryginalny repertuar, utalentowani wykonawcy, wysoki poziom muzyczny, sprawna obsługa sceny i profesjonalna reżyseria świateł. To także nienaganna obsługa widowni, sprawna kasa biletowa, dobrze funkcjonujący bufet i stoisko z wydawnictwami.

 

Mało tego, między 21 a 27 listopada odbywa się już trzecia edycja festiwalu CZAS NA TEATR. W tym roku – jak pisze w programie dyr. Przemysław Kieliszewski – „chcemy w sposób szczególny rozmawiać o terapeutycznym wpływie (musicali) na odbiorców”. Poza spektaklem o Hansenie, konferencją „Terapia w musicalu”, Galerią kostiumów, Galą musicalową, kilkoma jeszcze innymi spektaklami z przewagą repertuaru poznańskiego, będzie można obejrzeć produkcję warszawskiej ROMY i teatru Rampa, Wrocławskiego Capitolu oraz Teatrów Muzycznych z Gdyni, Łodzi, Chorzowa i … Berlina.

 

Wszystko to przemawia za jak najszybszym otwarciem nowego gmachu Teatru Muzycznego w Poznaniu. Za Niemców w jego obecnej siedzibie było Gestapo. Czyżby za Ruskich zainstaluje się tam putinowska odmiana NKWD? Mnie wtedy w Poznaniu już nie będzie. Pójdę do partyzantki, albo … prosto do Nieba!

                                                                               Sławomir Pietras