Listopadowe smutki

Opublikowano: poniedziałek, 11, listopad 2024 07:09
Pietras Sławomir

Tak jest zawsze, gdy przychodzi listopad. Sięgamy wówczas pamięcią i otulając wspomnieniami osoby zmarłe, ale ciągle obecne w naszych myślach, wirtualnych dialogach, a czasem nawet w snach.

 

Dotyczy to nie tylko ludzi osobiście nam znanych, zwłaszcza bliskich, skoligaconych, czy wręcz krewnych. Myślimy wtedy przede wszystkim o tych, którzy odeszli niedawno i są najnowszymi solenizantami Święta Zmarłych.

 

Stało się tak z Jadwigą Barańską, aktorką – jak się okazało – tak wiekową, że nie dostrzegliśmy tych lat, które minęły od jej filmowych kreacji w serialach Noce i dnie, Hrabinie Cosel, i matki Chopina w Pragnieniu miłości. Będzie miała dwa pogrzeby: pierwszy w Los Angeles, gdzie spędziła szmat życia, a drugi dokładnie 21 października 2025 r. w Polsce, dokładnie w 90-te urodziny, aby spocząć już na zawsze w ziemi ojczystej.

 

Tuż przed Świętem Zmarłych przyszła wiadomość o śmierci Elżbiety Zającówny, którą będziemy pamiętać jako aktorkę i prezenterkę telewizyjną lubianą, sympatyczną, urodziwą i ciągle młodą. Ale mało subtelne media musiały dodać, że skończyła właśnie 66 lat. 

 

Od dawna przestaliśmy liczyć wiek Zofii Kucówny, aktorki wybitnej, charyzmatycznej żony Adama Hanuszkiewicza, kreatorki kilkudziesięciu wspaniałych ról teatralnych, podobnej liczby występów w Teatrze Telewizji oraz dwudziestu postaci filmowych pierwszoplanowych, choć nie tylko. Osobną domeną jej publicznej działalności była wieloletnia opieka nad Domem Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie, gdzie spędziła ostatnie 9 lat życia i zgodnie ze swą wolą została pochowana w Alei Aktorskiej na tamtejszym cmentarzu parafialnym.

 

Nie mogłem być na pogrzebie Janusza Olejniczaka. Na mszy u Wizytek (tam, gdzie modlił się, koncertował i adorował swój pierwszy ideał Fryderyk Chopin), a potem na Powązkach, zgromadziły się nieprzebrane tłumy pogrążonych we łzach wielbicieli, przyjaciół i oficjeli, a od tych którzy nie przyszli, odczytano listy i nadano odznaczenia. Mnie ta jego niezmiennie młodzieńcza sylwetka niezapomnianego chopinisty na zawsze kojarzyć się będzie ze swadą, wrodzonym wdziękiem, fantazją i przyjaźnią, której doznałem wielokrotnie i jestem po prostu wdzięczny.

 

Że ludzie baletu dożywają wieku sędziwego, nie potwierdził przypadek Liliany Kowalskiej, najpierw baleriny, potem profesjonalnego szefa zespołów baletowych Łodzi i Poznania, a przez wszystkie te lata wybitnego pedagoga szkół baletowych tych miast. Porażona nagłym atakiem serca odeszła jedna z najważniejszych, wieloletnich moich współpracownic, z czym się ciągle nie mogę pogodzić, zapalając grobowe świece na poznańskim Miłostowie.


Nie pojechałem również do Krakowa na świeże groby królowej Opery pod Wawelem Jadwigi Romańskiej i Jerzego Stuhra, księcia polskiego aktorstwa i ojca Maćka, który tak godnie kontynuuje profesję Jerzego, pisząc przy tym książki, felietony, grając w filmach, a w Wikipedii podają, że jest również reżyserem, scenarzystą, konferansjerem, psychologiem i wykładowcą akademickim.

 

Nie zapominam przy tym, że w Krakowie mam do odwiedzenia starsze groby Ewy Demarczyk, Wandy Polańskiej, Krzysztofa Pendereckiego i Andrzeja Wajdy, do których napiszę chyba wcześniej listy, jakich edycję zapoczątkowałem właśnie w „Angorze”.

 

Nie wiem, kiedy uda mi się jeszcze raz odwiedzić Paryż, aby przejść się Alee Polonaise na cmentarzu Montmartre, przy której spoczywają całe pokolenia polskich emigrantów, zapalić znicze na grobie Wacława Niżyńskiego, położyć kwiaty na mogile Fryderyka Chopina na Pere Lachaise, gdzie niedawno pochowano Andrzeja Glegolskiego, wybitnego pedagoga baletu o pozycji międzynarodowej, który niemal całą swą karierą związany był z Paryżem postanowił pozostać w ziemi francuskiej. Nie on pierwszy i nie ostatni, że wspomnę Gerarda Wilka, którego prochy pozostają ciągle w rękach jego francuskiego przyjaciela, podobno zakopane w ogrodzie, gdzieś na podparyskiej prowincji.

 

Natomiast dopiero co wróciłem z bardzo uroczystego pogrzebu najstarszej przedstawicielki inteligencji zagłębiowskiej Pani Krystyny Hamankiewiczowej, matki znanego lekarza dr Macieja, byłego – jakże cenionego – Prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej. Dożyła w gronie rodziny lat 102 (!). Niemal do końca aktywnie uczestniczyła w działalności społecznej oraz brała udział w zajęciach Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Była najstarszą ze znanych mi czytelniczek moich felietonów w „Angorze”. Często komentowała je w naszych rozmowach telefonicznych, ba – czasem nawet pochwaliła… Na mszy w kościele św. Jana Chrzciciela w Będzinie śpiewała pięknogłosa sopranistka rodem z Zagłębia – Karolina Wieczorek, a urnę z prochami pochowano na cmentarzu graniczącym z niedalekim Sosnowcem.

 

To jeszcze nie koniec listopadowych smutków. Spróbujmy budować z nich siłę, mądrość i wiarę w sens niełatwego przecież żywota – „póki my żyjemy!”. 

                                                                                Sławomir Pietras