W rodzinnych stronach Adama Didura…

Opublikowano: poniedziałek, 21, październik 2024 06:51
Pietras Sławomir

 

Od ponad 30 lat uczestniczę w Festiwalu im. Adama Didura w Sanoku. Jego zainteresowanie kompozytorami – tak mniemam – było co najwyżej marginesem tej kariery. Toteż utrzymywanie w ramach Festiwalu konkursu kompozytorskiego jego imienia wydaje się rzeczą dziwną i zbędną.

 

Drugą krytyczną uwagą, ale z bijącym sercem i troską o pamięć o tym bodaj najwspanialszym polskim śpiewaku, jest zbyt skromna dbałość o tematykę didurowską w festiwalowych programach. Próbuję to uzupełniać, prowadząc proponowane mi koncerty, ale to za mało, jak na niezwykłą biografię, wspaniałą osobowość i zasługi Adama Didura dla polskiej sztuki lirycznej.

 

W obecnej 33. edycji Festiwalu powierzono mi komentarze do dwóch Wieczorów, na których wystąpili profesorowie, absolwenci i studenci Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej z Katowic, której tuż po wojnie pierwszym dziekanem był Adam Didur. Podczas jednej z lekcji w dniu 7 stycznia 1946 roku powalony został atakiem serca i zanim zmarł, wygłosił pamiętne życzenie „Śpiewajcie dalej… Nie przerywajcie”, będące hasłem Międzynarodowego Konkursu Wokalistyki Operowej jego imienia, który odbywa się właśnie w Bytomiu i Katowicach, dla uczczenia 150. rocznicy urodzin Mistrza, przypadającej dokładnie w wigilię najbliższego Bożego Narodzenia.

 

W pierwszym koncercie z moim komentarzem wystąpiła znana mi i ceniona śpiewaczka Ewa Biegas, obecnie dziekan tego Wydziału, która – nie wiedzieć czemu – nie jest już sopranem, a od pewnego czasu postanowiła zostać mezzosopranem mimo, że ani kolor głosu, ani jego brzmienie na to nie wskazuje. Ale repertuar mezzosopranowy zaśpiewała po mistrzowsku. Mnie najbardziej podobała się w arii z Samsona i Dalili.

 

Równie wybitne kreacje sopranowe stworzyła Ewa Tracz, mimo że młoda, ale już profesorka Akademii Muzycznej. Brawurowo zaśpiewała Bolero Elzy z Nieszporów sycylijskich oraz kilka innych arii. Następnie w duecie ze swą profesorką Ewą Biegas (tak, tak, to był koncert mistrzyni i uczennicy!) słuchaliśmy duetów z Opowieści Hoffmanna, Lacmé, Damy pikowej, Strasznego dworu, a na bis słynny Duet kotów Rossiniego, w którym dostojne profesorki po prostu miauczały na siebie. Na fortepianie towarzyszył im Grzegorz Biegas – profesor, a od kilku dni nawet prorektor katowickiej Akademii Muzycznej. Robił to z taką maestrią, że jego akompaniament w mojej pamięci konkurował z największym mistrzostwem w tej dziedzinie takich nestorów jak Jerzy Marchwiński, Jerzy Lefeld, Sergiusz Nadgryzowski, albo jeszcze lepiej!


 

W kilka dni później pan Rektor był uprzejmy towarzyszyć katowickiej młodzieży wokalnej w repertuarze operowym. Byli to Aleksandra Blanik (Siostra Angelika, Halka), Anna Koehler (Alcina, Lunatyczka), Milena Joszko (Samson, Carmen, Werther), Michał Ryguła (Tamino, Faust), Adam Janik (Sarastro, Skołuba, Fiesco) i Remigiusz Nowak (Bartolo z Wesela Figara, Wodnik z Rusałki i Mefisto z Fausta).

 

Wszyscy śpiewali bardzo dobrze, dając świadectwo wysokiego poziomu kształcenia swojej Uczelni. Natychmiast zaangażowałbym do teatru Annę Koehler z pięknym sopranem i olśniewającą techniką oraz Michała Rygułę, tenora predystynowanego do ról charakterystycznych, a kto wie, czy w miarę rozwoju głosu także do czołowych ról lirycznych.

 

Z bogatego programu festiwalowego udało mi się obejrzeć Bal maskowy w wykonaniu Opery Śląskiej. Jego obsada mogłaby z pełnym sukcesem stawać na największych scenach świata. Stanisław Kuflyuk jako Renato był bezkonkurencyjny. To samo rewelacyjna Rusłana Kowal w roli Oskara, Matheus Pompeu jako Król Gustaw, Anna Wiśniewska-Schoppa (trochę niedysponowana tego dnia Amelia) oraz w mniejszych rolach świetnie brzmiący renomowani soliści Anna Borucka (interesująca Ulryka), Grzegorz Szostak, Zbigniew Wunsch, Maciej Komandera i Adam Woźniak. Przy tym dobrze śpiewający nieliczny chór, mobilne dekoracje i barwne projekcje, piękne kostiumy i interesujące oświetlenie – oto powody, dla których – gdybym był impresariem, natychmiast zaangażowałbym Bal maskowy z tą obsadą na europejskie tournée i zarobił pieniądze, tak potrzebne Operze Śląskiej, co radzę zrobić dyr. Łukaszowi Goikowi.

 

Następnego dnia oglądałem przywiezionego również przez Operę Śląską Makbeta z muzyką Verdiego, tym razem z taśmy, co znacznie poprawiło precyzję wykonania na scenie. Na czele świetnie tańczonego zespołu Douglas de Oliveira Ferreira i Mitsuki Noda, soliści baletu, na których trzeba stawiać mimo, że są cudzoziemcami, a Makbet nie był przecież mulatem, a Lady Makbet Japonką.

 

W dzień później Mazowiecki Teatr Muzyczny zaprezentował Krainę uśmiechu, spektakl przyzwoity z kreacją Sławomira Naborczyka w roli Su Czonga.

 

Zamiast oglądać pokiereszowaną przez Wojciecha Adamczyka wileńska wersję Halki, czym prędzej wyjechałem z Sanoka. Przedtem jednak obejrzałem piękną wystawę fotografii Juliusza Multarzyńskiego „Opery i balety Krzysztofa Pendereckiego”, tłumnie odwiedzaną przez mieszkańców Sanoka.

                                                                             Sławomir Pietras