Andegaweńska i Romańska z Krakowa

Opublikowano: poniedziałek, 14, październik 2024 06:58
Pietras Sławomir

Takie dwie Jadwigi ma w swej bogatej historii nasza dawna stolica. Będąc przeżarty żargonem operowym, tak od lat postrzegam wielkość i dokonania królowej Opery Krakowskiej Jadwigi Romańskiej, obok – w mojej operowej jaźni – Jadwigi Andegaweńskiej, polskiej królowej z końca XIV wieku (zgadzam się, trochę ryzykowny pogląd!).

W międzyczasie, a nawet obecnie urodziło się zapewne pod Wawelem wiele wspaniałych Jadwig, ale te dwie są dla mnie wielowiekową artystyczną klamrą Krakowa.

 

Obie przybyły z dość daleka; Andegaweńska aż z Budy, aby objąć tron po swym ojcu Ludwiku Węgierskim i poślubić Władysława Jagiełłę. Romańska z Maczek (to obecnie dzielnica Sosnowca), gdzie się urodziła i wykształciła wokalnie w katowickiej Wyższej Szkole Muzycznej w klasie prof. prof. Ireny Faryszewskiej i Stanisławy Argasińskiej.

 

Jej kapitał do objęcia operowego tronu w nieistniejącej jeszcze Operze Krakowskiej (1954) był nader skromny. Niewielki liryczny początkowo głosik, niepokaźna, skromna dziewczęca postura oraz szlachetna, ale prowincjonalna obyczajowość i nawyki – oto z czym startowała w profesji operowej śpiewaczki.

 

Ale towarzyszył temu wszystkiemu upór, pracowitość, niezwykła muzykalność, inteligencja w odczytywaniu odtwarzanych postaci, ujmujący wdzięk zarówno na scenie, jak i w życiu prywatnym i wreszcie ambicja dokonywania rzeczy niemożliwych.

 

Już na etapie dyplomowym dzięki zaawansowanej technice śpiewu powiększyła wolumen głosu, perfekcyjnie opanowała technikę koloraturową i wzmocniła jego nośność, co zaprezentowała otwierając partią Gildy w Rigoletcie dzieje Opery Krakowskiej. Już wtedy zaczynano nazywać ją polską Gildą stulecia, choć wkrótce przyszły nowe role, których podczas trzydziestu sezonów królowania w Operze Krakowskiej było aż 37! Po raz pierwszy widziałem ją śpiewającą Mimi w Cyganerii. Wkrótce potem była Rozyną w Cyruliku sewilskim, Gildą w czarno-białej transmisji Rigoletta i Hanną w Strasznym dworze. Jej wręcz karkołomnym wyczynem wokalnym było wykonanie w tym samym spektaklu Olimpii (koloratura) Giulietty (dramatyczna), Antonii (liryczna) i Stelli (rola mówiona) w Opowieściach Hoffmanna Offenbacha, czego przed nią dokonała tylko legendarna Ada Sari, a po niej tylko Urszula Koszut.

 

W jej różnorodnym wokalnie repertuarze znalazły się takie dzieła jak Don Pasquale, Lacmé, Traviata, Faust, Wesele Figara, Cosi fan tutte, a w finale kariery nawet tytułowa Madama Butterfly i Tatiana w Eugeniuszu Onieginie. 


Mimo medali i nagród na międzynarodowych konkursach w Genewie i Monachium nigdy nie opuściła swego ukochanego Krakowa i jego wiernej publiczności (tylko dwa spektakle tygodniowo na scenie Teatru Słowackiego), wykonując ponadto 150 recitali i 250 koncertów w Polsce i różnych częściach świata.

 

W roku 1970, będąc asystentem dyrektora Opery Śląskiej korzystając, że mojego patrona wywieziono do szpitala, namówiłem Jadwigę Romańską, aby na zmianę z Ewą Karaśkiewicz przyjęła partę Zofii w Kawalerze srebrnej róży Ryszarda Straussa, reżyserowanym przez Wolfgana Weita, ucznia i asystenta Waltera Felsensteina. Była boska i zgodnie współpracowała ze swą młodszą koleżanką.

 

Nigdy w ciągu swej długiej krakowskiej kariery nie pozostawała bezkonkurencyjna. Najpierw rywalizowały z nią Helena Szubertówna i Teresa Wesely, wkrótce młoda Teresa Żylis-Gara, Teresa Gryboś i Monika Swarowska.

 

Dużo mniej efektów i satysfakcji dostarczyła jej działalność pedagogiczna w Akademiach Muzycznych w Krakowie i Katowicach, chociaż w roku 1995 otrzymała tytuł profesora zwyczajnego.

 

W myśl powiedzenia, że nie każdy jest prorokiem we własnym kraju, nie znalazłem jej nazwiska w tomie Śpiewacy polscy autorstwa krakowskiego publicysty Jacka Chodorowskiego, gdzie opisywani są również artyści zupełnie nieznani, lub tacy, co śpiewali jak wrona po grypie w liczbie aż 153 nazwisk, tylko nie Jadwiga Romańska, kolos artystycznych dokonań, znak firmowy krakowskiej tradycji operowej i ulubienica kilku pokoleń melomanów.

 

Wiadomość o jej śmierci zastała mnie na Festiwalu Didurowskim w Sanoku w gronie studentów i absolwentów Wydziału Wokalnego katowickiej Akademii Muzycznej. Nikt z nich nie wiedział, kto to jest Jadwiga Romańska, którą – dla upamiętnienia – stawiam obok Andegaweńskiej, co im z satysfakcją uświadomiłem.

 

Jej pogrzeb odbył się na krakowskim cmentarzu na Salwatorze. To lepiej, niż na Rakowickim, gdzie mogłaby zagubić się w mnóstwie równie szacownych mogił. Przyszło tylko około 50 osób. Artystkę pożegnała znana krakowska publicystka Anna Woźniakowska, a w imieniu ZASP-u Bożena Zawiślak-Dolny, która również coś tam zaśpiewała.

 

A gdzie Opera i Filharmonia Krakowska, Akademia Muzyczna, kluby melomanów i ludzi takich jak ja, którzy Romańskiej w dziedzinie opery przyznają pozycję równą jej średniowiecznej imienniczce w królowaniu.

                                                                        Sławomir Pietras