Chodzi o bohatera musicalu Drogi Evanie Hansenie, który złamał rękę spadając z drzewa, ale tak właśnie komentowali to jego złośliwi rówieśnicy. Polską prapremierę tego amerykańskiego musicalu Teatr Muzyczny w Poznaniu zagrał zaledwie osiem sezonów po Broadwayu, w bardzo dobrym tłumaczeniu tekstów mówionych przez Lesława Halińskiego i jeszcze lepszym przekładzie tekstów piosenek przez Przemysława Kieliszewskiego i jego córkę Zosię (sic!). Autorami muzyki są Benji Pasek i Justin Paul, a libretta – Steven Levenson.
Spektakl ten zajął się trudną, ale jakże ważną problematyką zdrowia psychicznego nastolatków, robiąc to w formie musicalowej w jak najlepszym wydaniu. Bohaterem poznańskiego sukcesu tego przedsięwzięcia jest reżyser Paweł Szkotak, którego możliwości znałem dobrze proponując mu przed laty debiut reżyserski w nieznanej w Polsce operze Giuseppe Verdiego Stiffelio. Ponieważ z zadania tego wywiązał się nadspodziewanie dobrze, zaproponowałem mu w krótce wyreżyserowanie Tannhaüsera Ryszarda Wagnera. Ku mojemu zdziwieniu zdecydowanie odmówił, co wtedy wytłumaczyłem sobie szczególnym poczuciem odpowiedzialności i mierzeniem ówczesnych sił na zamiary.
Minęło kilkanaście lat. Paweł Szkotak w międzyczasie wyreżyserował wiele spektakli, a obecnie dyrektor Przemysław Kieliszewski, usiłując realizować swój program artystyczny siłami poznańskimi, postawił go przed prapremierową inscenizacją jednego z najnowszych musicali amerykańskich o chłopcu, który złamał sobie rękę, ale z innych powodów niż te, które podałem w tytule i o których mówi się w dialogach. Zrobiłem tak dlatego, aby zwrócić uwagę na przesłanie spektaklu, problemy zdrowia psychicznego nastolatków, ale również siłę przyjaźni i wiarę w funkcjonowanie hasła „…nie jesteś sam”.
Nad wszystkim tym z pełnym sukcesem zapanował Paweł Szkotak, zarówno w sensie inscenizacyjnym, reżyserskim jak i drobiazgowym ukształtowaniem poszczególnych kreacji aktorskich. Doceniając to, skupiam się na Marcinie Francu, wykonawcy roli tytułowej, postaci super chłopięcej, ale aby ją zagrać na możliwie najwyższym poziomie potrzeba dojrzałości, doskonałego warsztatu aktorskiego, swobody działania na scenie, perfekcyjnego podawania i interpretacji tekstu, wreszcie osobowości którą – poza powyższymi przymiotami – nawet w nadmiarze, dysponuje Marcin Franc.
Towarzyszą mu w pozostałych rolach Urszula Laudańska, Jakub Rayman, Joanna Rybka, Dagmara Rybak, Oksana Hamerska, Patryk Kośnicki i Maciej Zarucki. Musicalową oprawę stanowi grupa tancerek i tancerzy, a precyzyjne i perfekcyjne wykonawstwo muzyczne jest dziełem kilkunastoosobowego zespołu instrumentalnego, kierowanego przez Dariusza Tarczewskiego. Sukcesu całości dopełnia ruch sceniczny Karola Drozda, scenografia i kostiumy Natalii Kitamikado i świetna reżyseria świateł Pauliny Góral.
W tekście programu znalazłem takie oto zdanie: „…dokładnie 10 września obchodzimy Światowy Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Teatr Muzyczny w Poznaniu organizuje akcję społeczną „# niejesteśsam”, która ma na celu zwrócenie uwagi na to, jak ważne są empatia i relacje międzyludzkie – te rówieśnicze, i międzypokoleniowe”.
A oto, co napisał w programie dyr. Przemysław Kieliszewski: „Spektakl również dla nas, stał się kanwą do podjęcia lęków i fobii społecznych młodzieży, dysfunkcji i chorób psychicznych powstających coraz częściej ze zderzenia świata realnego z wirtualnym. Depresja, powodowana bardzo różnymi uwarunkowaniami zbiera liczne żniwo, niestety również w postaci prób samobójczych wśród młodzieży… Punktem wyjścia jest dla nas przekonanie, że sztuka, a w szczególności musical, może pełnić funkcje edukacyjne i terapeutyczne. Marzymy, by takim spektaklem stał się nasz Evan.
Mimo nie najszczęśliwszego dla polskiego odbiorcy tytułu, ale wybitnie atrakcyjnych działań scenicznych, pięknej muzyki, uroczych piosenek i wysokiego poziomu wykonawstwa, wróżę tej prapremierze długi żywot sceniczny. Gdyby to ode mnie zależało wykreśliłbym z tekstu nazwy, imiona i nazwiska amerykańskie (wiem, wiem – prawa autorskie!) i zastąpiłbym je nazwami na przykład poznańskimi oraz imionami i nazwiskami rdzennie polskimi. Otrzymalibyśmy równie interesujące przedstawienie, ale z jeszcze mocniejszą musicalową siłą rażenia.
Ech, te dywagacje, marzenia i kombinacje, do których sztuka musicalowa tak bardzo się nadaje!
Sławomir Pietras