Rozpoczęcie roku szkolnego, pora jesienna i rodzinne decyzje w sprawie drogi edukacyjnej przyszłych artystów sztuki tańca jest dobrą porą, aby zająć się niezbędną reformą polskiego szkolnictwa baletowego. Pisałem i mówiłem już o tym wielokrotnie, ściągając na swą głowę gromy nauczycieli państwowych szkół baletowych, rezydujących na swych ciepłych posadkach, ucząc tańca i przedmiotów ogólnokształcących liczbę uczniów niewiele większą, niż ich profesorskie grono. Corocznie wypuszczając najwyżej kilkunastu absolwentów, z których do zawodu trafia niespełna połowa, (w tym tylko czasem trafia się absolwent płci męskiej), marnowane są społeczne środki na szkolnictwo baletowe, bo panny zamiast tańczyć wychodzą za mąż lub studiują, a kawalerów prawie wcale nie ma.
Powie ktoś, że to sprawa naboru kandydatów w dziesiątym roku życia, których skazuje się na jednoczesną intensywną naukę ogólnokształcącą, żmudne treningi na sali baletowej oraz studiowanie historii tańca i częste praktyki w teatrach muzycznych lub operowych, jak również przygotowywanie własnych szkolnych produkcji artystycznych, co też wymaga dużego wysiłku i pracowitości.
W Polsce istnieje pięć Ogólnokształcących Szkół Baletowych, począwszy od najstarszej bytomskiej (1946), poprzez gdańską (1950), poznańską (1951), warszawską (1953) i łódzką (1975). Przez wiele lat szkoła gdańska wypuszczała utalentowanych absolwentów, wśród których było wielu późniejszych solistów (zwłaszcza mężczyzn). Z dobrze przemyślanego i dobrze przeprowadzanego naboru kandydatów słynął ówczesny jej dyrektor Bronisław Prądzyński. Zwykle z grona kilkuset dziesięcioletnich kandydatów wybierano najwyżej dwudziestu kilku pierwszoklasistów, stąd tak dobre wyniki maturalne, oczywiście przy prawidłowym szkoleniu. Dużą liczbą dobrze wykształconych absolwentów mogła przed laty mogła poszczycić się szkoła warszawska, dysponująca gronem wybitnych pedagogów. Ale to już z sentymentem wspominana przeszłość. Pracująca w trudnych warunkach lokalowych baletowa uczelnia poznańska mogła poszczycić się wykształceniem kilkunastu szefów zespołów baletowych, co najmniej tyle samo przyszłych choreografów, a również wielu utalentowanych solistów i tancerzy zespołowych pracujących w teatrach operowych, zespołach „Śląsk” i „Mazowsze” oraz w istniejącym od pół wieku Polskim Teatrze Tańca. Póki co nie można tego powiedzieć o łódzkiej Szkole Baletowej, bo najmłodsza i ciągle wypracowująca swój poziom i tradycję.
Najlepiej dzieje się w szkole bytomskiej, działającej od lat pod kierownictwem dyr. Elżbiety Mendakiewicz, która nie ustaje w walce o poziom, nowe inicjatywy i różnorodność poczynań artystycznych. Zorganizowała i kontynuuje uczniowskie Konkursy Choreograficzne im. Bożeny Kociołkowskiej, która z choreografią nie miała nic wspólnego, więc trudno zrozumieć, po co ta niczym nie uzasadniona fikcja. Dotychczasowe interesujące rezultaty tych Konkursów nakazują poważnie traktować te poczynania, mimo bezsensownego ich patronatu.
Każda z polskich państwowych Szkół Baletowych posiada swego patrona. Gdańska – Janinę Jarzynównę-Sobczak, warszawska – Romana Turczynowicza, poznańska – Olgę Sławską-Lipczyńską, łódzka – Feliksa Parnella, bytomska – Ludomira Różyckiego (który podobnie jak Kociołkowska z choreografią, z tańcem nie miał nic wspólnego mimo, że skomponował muzykę do Pana Twardowskiego).
Wszyscy wymienieni przeze mnie patroni (być może oprócz Różyckiego) z ironią, krytycyzmem i ubolewaniem zapewne patrzą z obłoków na obecny stan polskiego szkolnictwa baletowego. Począwszy od przestarzałego sposobu nauczania, wziętego jeszcze z czasów wzorców radzieckich, poprzez zaniedbany i niewydolny system rekrutacyjny, nadmiernie rozbudowane grono pedagogów, uczących przyszłe Sylfidy i Książąt fizyki, matematyki, chemii czy biologii, jakby mieli zostać w przyszłości inżynierami, lekarzami, czy agronomami. Wreszcie od lat ilościowo mierne rezultaty tej edukacji (głównie dziewcząt i śladową ilość chłopców) co w rezultacie powoduje, że polskie zespoły baletowe w ponad 50 % okupowane są przez cudzoziemców. A odkąd w balecie istnieje formacja klasyczna mówiło się, że Polacy byli wyjątkowo predystynowani do tańca, a szczególnie charakterystycznego z temperamentem w mazurze, oberku i polce, natomiast elegancji w polonezie.
Może przeczyta te moje refleksje nowa Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego i podejmie stosowne działania. Jeśli zdecyduje się to zrobić, postaram się być jednym z tych, którzy podpowiedzą, jak sprywatyzować polskie szkolnictwo baletowe. Stanowi to jedyną drogę, aby utalentowanymi Polkami, a zwłaszcza Polakami znów zapełnić nasze zespoły baletowe, a nadwyżkę wysłać za granicę, aby nas rozsławiała po świecie.
Sławomir Pietras