W poniedziałek 3 czerwca o godz. 8.00 dr Wojciech Sawicki, szef Urologii w Szpitalu Dzieciątka Jezus na poznańskim Łazarzu wyznaczył mi badanie pęcherza, z którym było coś nie w porządku. Przyszedłem do wypełnionej pacjentami przychodni, ale pan doktor oświadczył, że zapomniał poinformować mnie o konieczności posiadania pełnego pęcherza, bo inaczej badanie będzie nieudane. A ja akurat z szacunku dla mistrza urologii, przed wejściem do szpitala dokładnie się… wysikałem.
W tej sytuacji doktor przerwał wizytę i zaproponował: – Daje panu pół godziny. Proszę w pobliskiej Żabce kupić sobie puszkę piwa i butelkę jakiejś lemoniady, wypić to wszystko i przejść się do Rynku Łazarskiego i z powrotem, a pęcherz zostanie wypełniony i dopiero wtedy wykonamy tomograf komputerowy.
W tym momencie zdziwiony czytelnik ma prawo zapytać, co to ma wspólnego z „Wejściem dla artystów”, wieloletnim hasłem niniejszego felietonu. Ale proszę czytać dalej…
Poszedłem, kupiłem, wypiłem, a na Rynku Łazarskim zobaczyłem kiosk ruchu, który jest w naszych miastach coraz rzadszym widokiem. Nabyłem więc świeży numer Angory (bo to był poniedziałek), usiadłem obok na ławeczce przy pustym o poranku placu, obok siebie położyłem puszkę po piwie i niedopitą jeszcze lemoniadę zaczynając sprawdzać, czy niezrównana redakcyjna korekta nie dołożyła przecinków w felietonowym tekście, co zwykła robić nie zawsze tam, gdzie trzeba.
Po chwili obok ławki zatrzymał się nagle radiowóz, z którego wyskoczyło kilku funkcjonariuszy i jeden z nich wylegitymowawszy mnie, zarzucił picie alkoholu w miejscu publicznym pytając, czy przyjmę mandat w wysokości 100 zł. Nie pomogły tłumaczenia, że chodzi tu o badanie pęcherza, że w ogóle to ja wcale nie piję piwa, że z zawodu – na pytanie policjanta – odpowiedziałem, że jestem dyrektorem teatrów operowych, honorowym obywatelem aż 8 miast, a nie pijaczkiem wałęsającym się od rana po ulicach z puszką piwa Żywiec w ręce. Więc mandatów przyjąć po prostu nie mogłem.
Wszystko to odbyło się błyskawicznie. Po pół godzinie zdążyłem wrócić do dr. Sawickiego, poddać się tomografii komputerowej, a w kilka dni potem otrzymałem wezwanie na Komisariat Policji Poznań – Grunwald pokój 108 B do sierżanta szt. Piotra Myszkowskiego z podejrzeniem popełnienia wykroczenia z art. 43 UWTiPA.
Poszedłem przygotowany na najgorsze. Najpierw sierżant kazał mi opowiedzieć wszystko od początku, potem zadał kilka pytań sprawdzając, czy mówię prawdę. Następnie pouczył o zakazie picia alkoholu w miejscach publicznych, o czym dotąd nie miałem pojęcia. Następnie udzielił kary nagany, odebrał przyrzeczenie, że już nigdy nie wypiję łyka piwa na ulicy (przecież w ogóle nie piję!) i puścił wolno, odprowadzając do wyjścia z Komisariatu z przeproszeniem, że funkcjonariusze patrolujący ulice nie odróżnili porannego pijaczka od dyrektora opery.
Było to jedno z dwóch w moim długim przecież życiu kontaktów ze stróżami prawa. Pierwszy miał miejsce w Czechach przed wielu laty na wylocie z Pilzna w nocy, obok znajdującego się tam rozległego cmentarza. Wracałem samochodem z Regensburga, gdzie oglądałem recital wybitnego niemieckiego pantomimisty Gregora Seyfferta i prowadziłem pertraktacje w celu zaproszenia jego programu na Festiwal Hoffmannowski do Poznania.
Ponieważ pilno mi było do operowych obowiązków, minąwszy miasto dodałem gazu, bo droga była pusta, a noc gwiaździsta. W tym momencie – jak spod ziemi – wyłonił się funkcjonariusz czeskiej drogówki. Zażądał dokumentów i zwrócił uwagę na odznakę przytwierdzoną do pulpitu obok kierownicy.
Kilka miesięcy wcześniej Komenda Główna Policji z Warszawy wynajęła widownię Teatru Wielkiego w Poznaniu na jakąś ważną, ogólnopolską uroczystość. Dobrze zapłaciła i zgromadziła około 1000 mundurowych różnych stopni. Przygotowałem odpowiedni koncert galowy i osobiście go poprowadziłem, serdecznie witając tak rzadkich w Operze gości. Wszystko to bardzo podobało się generalicji aż tak, że zostałem odznaczony Medalem za Zasługi dla Policji. Mój ówczesny szef techniczny poradził mi, abym kazał przytwierdzić ten Medal na widocznym miejscu w samochodzie, dzięki czemu ewentualnie będę mógł być łagodniej potraktowany przez polską drogówkę, a lubiłem wtedy jeździć zbyt szybko.
Czeski policjant przyjrzawszy się dokładnie tej odznace zapytał badawczo: – Pan w Polsce pracuje w policji? Nie – odparłem. Jestem tylko konfidentem! – zażartowałem. Funkcjonariusz natychmiast się wyprężył, zasalutował, wskazując drogę ku granicy i wykrzyknął: – Proszę odjeżdżać!
Sławomir Pietras