Za co kochamy Danutę Paziukównę

Opublikowano: poniedziałek, 11, marzec 2024 06:29
Pietras Sławomir

Wybitny polski tenor Robert Woroniecki widząc oblężoną przez tłum Danutę Paziukównę, krzyknął na całą piękną salę koncertową wrocławskiej Akademii Muzycznej: „Tę Danusię kochali i kochają dosłownie wszyscy!” Na jej jubileusz 50. lecia pracy pedagogicznej przyszedł „cały Wrocław”. Brakło jedynie Opery, której ta wybitna polska śpiewaczka poświęciła całą swą – trwającą od roku 1959 – karierę.

Będąc wokalnym ambasadorem Wrocławia, niemal całą drugą połowę ubiegłego stulecia prezentowała walory swego pięknego liryczno-koloraturowego sopranu, śpiewając wszechstronny repertuar operowy (od Gildy po Manon Lescaut), operetkowy (od Saffi po Hannę Glavari), wiele dzieł oratoryjnych i mnóstwo pieśni polskich i obcych, z różnych epok i stylów.

 

W latach sześćdziesiątych podziwiałem ją na gościnnych występach w Poznaniu, trzykrotnie pracowaliśmy w Operze Wrocławskiej, potem przyjeżdżała do Łodzi, ukwiecając moją dyrekcję w Fideliu, Żydówce, Weselu Figara, Kawalerze srebrnej róży i Don Juanie (Elwira).

 

Mogła zawsze – zwłaszcza we Wrocławiu – liczyć na komplety i uwielbienie publiczności, gdy pojawiała się na scenie w Cyruliku sewilskim, Marcie, Don Juanie (Zerlina), Cosi fan tutte, Fauście, Zemście nietoperza, Studencie żebraku, Boccaccio, czy Viva la mamma.

 

Swą długoletnią karierą, przekształconą z czasem w wybitną działalność pedagogiczną, była łącznikiem między powojenną tradycją operowego Wrocławia (dyrektorzy Drabik, Garda, Wiłkomirski, a zwłaszcza Adam Kopyciński), a osiągnięciami tego Teatru w latach 70. tych i 80. tych (szczególnie za dyrekcji Roberta Satanowskiego, bo o sobie paraliżująca skromność nie pozwala mi wspominać). Wśród wielkiego grona jej dawnych studentek znajdują się śpiewaczki tak wybitne, jak Monika Cichocka, Aleksandra Kubas-Kruk, Ewa Małas-Godlewska czy Agata Zubel. Jej pierwszym absolwentem stał się również mężczyzna, tenor o europejskiej karierze Tadeusz Galczuk, który przyjechał z Hanoweru na jubileusz swej Profesorki, zaśpiewał Granadę i wyściskał Mistrzynię niezwykle serdecznie.

 

Benefis uzupełniali swymi występami inni jeszcze wychowankowie Teresa Marut zaśpiewała wokalną wersję Mazurka op. 33 nr 2 Chopina, Tomasz Jedz „Twoim jest serce me…” z Krainy uśmiechu, Monika Cichocka Vissi d’arte… z Tosci (rewelacyjnie!), znakomity duet Aleksandry Kubas-Kruk i Piotra Łykowskiego z Rodelindy Haendla, po czym „Cudne oczy” Friemana, które za mego dzieciństwa śpiewała stara Ada Sari, a teraz młoda Kubas-Kruk, tylko jeszcze piękniej.


Przed finałem wystąpił prof. Bogdan Makal z pieśnią Griega „Kocham Cię”, dzięki czemu po raz pierwszy usłyszałem jego piękny baryton, bo dotychczas słuchałem tylko jego uczniów. Natomiast w finale podziwialiśmy Agatę Zubel w utworze „Patrząc na Ciebie” niedawno zmarłej fińskiej kompozytorki Kaiji Saariaho na sopran, akordeon i fortepian.

 

Wśród zgromadzonych wychowanków Danuty Paziukówny brakło mi tenora Marcina Kociołka, którego przed laty zarekomendowałem do grona jej studentów. Ale po szczęśliwie i z sukcesem zdanym dyplomie śpiewak ten, dysponujący głosem silnym, sprawnym i wręcz uwodzicielskim, zamiast zabrać się za karierę, osiadł na powrót w swej Kotlinie Kłodzkiej, zajął się gospodarowaniem i uprawą roli zniechęcony, że ówczesna dyrektorka Opery Wrocławskiej nie zaproponowała mu angażu.

 

Jestem gotów – choćby na krótko – objąć jeszcze raz dyrekcję którejś Opery, aby taki Marcin Kociołek i wielu jeszcze innych pozostających bez pracy najmłodszych polskich talentów mogło rozwinąć skrzydła i zamiast sprowadzanych, kosztownych śpiewaków zagranicznych budować przyszłość polskiej sztuki operowej, z którą – jak to teraz widzę – nie jest najlepiej!

 

Tymczasem na powrót pochylam się nad fenomenem Danuty Paziukówny, obejmując myślą i sercem cały, wieloletni jej dorobek. Całuję tę ciągle piękną i aktywną postać życząc, aby na następnym jubileuszu (w co nie wątpię!) zjawiła się również dyrekcja jej macierzystej Opery Wrocławskiej z kwiatami, gronem wokalnych dzieci i wnuków, a przede wszystkim z wysokim odznaczeniem państwowym dla postaci bez precedensu w dziedzinie osiągnięć sztuki operowej i artystce całe życie wiernej Wrocławiowi i regionowi Dolnego Śląska.

                                                                                            Sławomir Pietras

 

P.S. Odpowiadając na liczne kierowane do mnie zapytania informuję, że nasza operowa podróż do Lipska odbędzie się w zbliżającym się kwietniu, kiedy to oglądać będziemy spektakl Kawalera srebrnej róży i Rigoletta w doborowej obsadzie międzynarodowych solistów. Szczególną atrakcją tej podróży jest możliwość zobaczenia i usłyszenia młodego polskiego tenora Piotra Buszewskiego, który wystąpi w roli włoskiego śpiewaka i księcia Mantui. Mamy zamiar (o czym on jeszcze nie wie) zaprosić go na wspólną kolację i operowe prawienie komplementów.

Dla zainteresowanych podaję, że mieszkańcy Polski zachodniej pojadą do Lipska luksusowym busem, natomiast melomani z Polski centralnej i wschodniej będą mieli do dyspozycji przelot samolotem. Szczegóły, jak zwykle w łódzkim biurze Grand Touru.