Jubileusze w promieniach ludzkich serc

Opublikowano: poniedziałek, 18, grudzień 2023 07:08
Pietras Sławomir

Tak było w setną rocznicę urodzin nieżyjącej już od 46 lat największej śpiewaczki ubiegłego stulecia Marii Callas, co uczcił niemal cały świat. A my tylko – zresztą bardzo serdecznie – w moim Będzinie (Biblioteka Miejska), Poznaniu (Akademia Muzyczna), wielkopolskim Buku (Dom Kultury) oraz w siedzibie podwarszawskiego „Mazurkasa” w Ożarowie, gdzie 17 grudnia repertuar wielkiej Greczynki śpiewać będą Joanna Woś, Karolina Wieczorek, Sylwester Kostecki i młodziutki, debiutujący baryton Piotr Balewski. Wszyscy zapamiętali czciciele tej Gwiazdy, ratujący honor polskich melomanów w światowych obchodach 100. lecia jej urodzin. Nie pierwszy raz prezes Andrzej Bartkowski swą aktywnością, konceptem i funduszami zastępuje impotencję niektórych instytucji kultury, zajmując się organizowaniem wydarzeń bliskich sercom stołecznych melomanów.

 

Podczas wszystkich tych wieczorów obficie opowiadałem (i będę opowiadał, bo to jeszcze nie koniec) o sztuce, życiu, karierze i osobowości Marii Callas, szczycąc się przynależnością do światowego klanu jej wyznawców.

 

Nie czyniłem tego na jubileuszu 40. lecia pracy artystycznej wybitnego polskiego barytona Andrzeja Dobbera, któremu Opera Śląska poświęciła swój spektakl Nabucca w dniu 25 listopada w Bytomiu. Ten wspaniały artysta, będąc w szczytowej formie swego pięknego głosu zaśpiewał partię tytułową, otoczony doskonała obsadą solistów, z których Monika Cichocka swą Abigail zagrała i zaśpiewała jak nigdy dotąd w swej długiej już, znanej mi dobrze karierze. Również Aleksander Teliga błysnął doskonałą formą w basowej partii Zachariasza. Podobali się Anna Borucka (Fenena), Łukasz Załęski (Izmael), Maciej Komandera (Abdallo) oraz debiutująca epizodystka Gabriela Legun (Anna), której głos, wydaje mi się gdzieś już słyszałem. Dyrygował Tomasz Tokarczyk, najlepszy nabytek dyrygencki Opery Śląskiej. Wiem to, bo tamtejszych kapelmistrzów oglądam i słucham już grubo ponad pół wieku.

 

Po obejrzeniu bogatego zestawu zdjęć z repertuaru Andrzeja Dobbera, zamieszczonych w okolicznościowej wkładce programowej (Aida, Rigoletto, Simon Boccanegra, Traviata, Trubadur, Tosca) miałem ochotę wyjść na scenę i wygłosić kwiecistą narrację na cześć sławnego polskiego barytona, operowego bohatera naszych czasów. 


Powstrzymałem się jednak wobec niedawnego wypadku podczas wręczania Złotych Masek, kiedy to dwie nagrodzone osoby … wpadły do wyremontowanego właśnie orkiestronu. Przeżyły, ale mnie mógłby tam ktoś wepchnąć, bo w Bytomiu znajdują się tacy, którzy mieliby ku temu powody.

 

Tymczasem ściskam mocno jubilata wybierając się do jego rodzinnego Więcborka, aby uczcić go osobiście, a przy okazji zapalić świeczkę na tamtejszym cmentarzu, gdzie spoczywa prof. Halina Trzmielowa-Fusiecka, która nauczyła mnie grać na fortepianie. Dla zadziwienia potomności różnorodnością i brawurą wokalną Dobbera wymienię jeszcze niektóre tylko jego role operowe z liczącego przeszło 60. tytułów repertuaru: Carmen, Kniaź Igor, Eugeniusz Oniegin, Don Giovanni, Wesele Figara, Cyrulik sewilski, Salome, Król Roger, Holender tułacz, Parsifal, Atilla, Bal maskowy, Don Carlos, Falstaff, Makbet, Moc przeznaczenia, Otello.

 

Na przełomie listopada i grudnia obchodziłem dość okrągłe i zaawansowane urodziny. Warto było doczekać sędziwego wieku, aby zbierać takie opinie i życzenia opromienione ludzką serdecznością i troską. W ich blasku ukrywam niespodziewaną, nagłą i zagadkową śmierć naszego przyjaciela Marka Kellera, wybitnego marszanda, znawcy sztuki, chopinowskiego dobrodzieja, wykupującego po całym świecie za olbrzymie sumy pamiątki po naszym Geniuszu, aby ofiarować je Towarzystwu Chopinowskiemu. Tydzień wcześniej byliśmy razem w Genui. Po powrocie wytworni melomani skupieni wokół łódzkiego Grand Touru żegnając się na Okęciu wycałowali Marka siarczyście, bo był ulubieńcem całej ekipy, nie spodziewając się, że to już na zawsze. Potem sobotnia kolacja dla przybyłego z Meksyku Dariusza Blajera z rodziną, jako że Marek wypromował i otaczał wieloletnią opieką najwybitniejszego rzeźbiarza i malarza meksykańskiego Juana Soriano, a więc miał wiele związków z tym krajem, a nawet utrzymywał mieszkanie w jego stolicy. Ucztowano w wąskim gronie w podwarszawskiej Owczarni – ogrodzie pełnym rzeźb i obrazów Soriano. Nazajutrz w ekskluzywnej łazience dworku znaleziono ciało naszego przyjaciela, który zmarł nie wiadomo dlaczego, z jakiej przyczyny i czemu tak nagle. Od teraz trzeba będzie święcić również tę rocznicę, opromienioną sercami żegnających go na Powązkach, pośród wielkiego grona przyjaciół z różnych pokoleń.

 

Nie było tylko reprezentacji Towarzystwa Chopinowskiego.

                                                                     Sławomir Pietras