Zapalam lampki oliwne poprzednikom

Opublikowano: poniedziałek, 13, listopad 2023 06:36
Pietras Sławomir

Wodząc myślami po cmentarzach i grobach dyrektorów teatrów operowych  zaczynam od Adama Dołżyckiego, pierwszego dyrektora Opery Poznańskiej, urzędującym tu przed ponad stu laty. Potem był cenionym dyrygentem Opery Warszawskiej, a w czasie okupacji dyrygując w kawiarni Lardellego, gdy wśród polskiej publiczności znajdowali się umundurowani Niemcy „zaczął się zachowywać w sposób nikczemny (wspomina Jerzy Waldorff w eseju Zagrożeni niesławą)… informacje o repertuarze i wykonawcach podawał w języku niemieckim, a wkrótce jął przepraszać oficerów SS za … niekulturalne zachowanie się gości polskich. W rezultacie … podziemny Biuletyn Informacyjny ogłosił bojkot działalności Dołżyckiego. A gdy niepoprawny dyrygent przewinienia zwiększył o donosy na polskich artystów, którzy nie chcieli z nim występować, Komisja Sądząca Walki Podziemnej Warszawy skazała go na infamię.

 

Następcą Dołżyckiego był Piotr Stermicz-Valcrociata, wybitny dyrygent pochodzenia chorwackiego, mąż znanej śpiewaczki Jadwigi Dębickiej. Po nim i po kryzysie przełomu lat trzydziestych dyrekcję objął młody muzykolog rodem i wykształceniem z Poznania dr. Zygmunt Latoszewski, który z niemałymi sukcesami sprawował ją do wojny oraz po wyzwoleniu trzy sezony w latach czterdziestych.

 

Następnie Poznań przeżył dwa okresy operowych rządów Zdzisława Górzyńskiego, dyrygenta wykształconego w Wiedniu, apogeum swej sztuki przeżywającego u nas nad Wartą, potem również w Warszawie i licznych nagraniach radiowych. Te okresy przedzielone zostały dyrekcją Waleriana Bierdiajewa (1949-1954) postacią owianą legendą, mistrzostwem batuty, mnóstwem anegdot, począwszy od studiów i debiutu u Artura Nikischa w Lipsku, poprzez karierę rosyjską i radziecką, lata warszawskie i początek niezwykle płodnej i długoletniej pracy pedagogicznej, tragiczne przejścia okupacyjne z przymusem dyrygowania w Staatstheater Warschau (aby uchronić od zagłady swą ukochaną żonę Lulę), a po wojnie Kraków, Poznań i Warszawa, ale z najczęściej wspominaną do dziś działalnością w Gmachu pod Pegazem.

 

Następny złoty poznański okres operowy stworzył Robert Satanowski, do którego często odwoływał się w swych latach kierowania Teatrem Wielkim Mieczysław Dondajewski, nie mówiąc o mnie, który ucząc się tej profesji u Satanowskiego, zachowałem Roberta w swej głowie i sercu jako postać kultową i pod wieloma względami niezwykłą.


Do czasów Polski Ludowej działały u nas tylko trzy teatry operowe (Warszawa, Poznań, Lwów), nie licząc doraźnych przedsięwzięć w Krakowie, Toruniu i Katowicach. W stolicy w latach dwudziestych złotymi zgłoskami zapisała się dyrekcja Emila Młynarskiego, a po wojnie Bohdana Wodiczki, jakże niesprawiedliwie potraktowanego w obliczu otwarcia odbudowanego Teatru Wielkiego. Swoistym ewenementem były dwa krótkie okresy dyrektorowania wybitnej śpiewaczki Janiny Korolewicz-Waydowej, pierwszej w Polsce, a trzeciej na świecie kobiety na tym stanowisku.

 

Myśląc o Warszawie trudno pominąć nazwisko Stefana Sutkowskiego, założyciela i kilkudziesięcioletniego dyrektora Opery Kameralnej, a w Łodzi Stanisława Piotrowskiego, budowniczego i pierwszego dyrektora Teatru Wielkiego. Wśród zalet i osiągnięć posiadał On jedną, szczególnie ważną dla mnie, ponieważ wskazał mnie i zarekomendował na dyrektora opuszczonego przez siebie Teatru, wielce ryzykując kandydaturę nieznanego nikomu w Łodzi młodzieńca, któremu postanowił potem nie pomagać (o co wielokrotnie prosiłem), aby nie być posądzonym o wtrącanie się ze swoim „widzimisię”.

 

Chętnie wspomniałbym o wieloletnim dyrektorze Opery Śląskiej Napoleonie Siessie, ale zostawiam to moim młodszym adeptom tej profesji z Bytomia, zanim będą mogli wspominać swoje – mam nadzieję – przyszłe zasługi. 

Wiele lampek oliwnych chciałbym zapalić – nie tylko w Dniu Zmarłych – na grobach dyrektorów polskich teatrów operowych, którzy dobrze zapisali się w narodowej historii tej sztuki. Młynarskiemu, Korolewicz-Waydowej i Latoszewskiemu na Starych Powązkach, Bierdiajewowi, Górzyńskiemu i  Wodiczce na Wojskowych, Satanowskiemu na wrocławskim Psim Polu (należy koniecznie  przenieść go do grobu żony w alei zasłużonych na Osobowicach, Piotrowskiemu na cmentarzu w Wilanowie, a Siessowi na ul. Francuskiej w Katowicach.

 

Przez wiele lat nie dawała mi spokoju sprawa Dołżyckiego. W swym eseju Waldorff pisał: „Był to rok 1966, gdy… dostałem wycinek z prowincjonalnego niemieckiego dziennika… Wyczytałem, że w małym miasteczku RFN na głębokiej bawarskiej prowincji obchodził dość uroczyście osiemdziesięciolecie urodzin zasłużony nauczyciel gry na fortepianie miejscowych dzieci – Adam Doltschik. Notatkę opatrzono fotografią. Poznałem go natychmiast… To był Adam Dołżycki. Uciekł… i otom się dowiadywał, że od 20. lat – on wielki – uczy niemieckich Hansów i Grety  jak wygrywać jednym palcem… “.

 

Odnalazłem to miasteczko między Marktredwitz, a Bayreuth. Natychmiast po jubileuszu 50. lecia Opery Poznańskiej, czyli pół wieku temu pojechałem tam i – mimo wszystko – zapaliłem Dołżyckiemu lampkę oliwną. 

                                                                    Sławomir Pietras