W słuchawce telefonu odezwał się głos dyrektorki Teatru Wielkiego w Poznaniu Renaty Borowskiej-Juszczyńskiej. Nie stałem z bagażami przed Gmachem pod Pegazem, więc nie musiała wskazywać mi drogi na dworzec kolei żelaznej, abym wreszcie przestał ją krytykować i zakłócać rozkosze operowego panowania.
Chodziło o zaproszenie na „Galę Otwarcia Sceny” po jej dwuletnim remoncie. „W takiej chwili powinniśmy być razem” – argumentowała, co mnie przekonało zwłaszcza, że najbliższe plany repertuarowe mojego niegdysiejszego teatru wydają się być coraz bardziej sensowne (Otello, reżyserie Davida Pountneya, Manon Lescaut, choreografie Bondary i Pastora). Zostałem posadzony z Gabrielą, córką Antoniny Kaweckiej w pierwszym rzędzie balkonu, a nie – jak proponowano niedawno w Łodzi – na peryferiach amfiteatru.
Na czym polega unowocześnienie po remoncie sceny trudno było dojrzeć, bo wersja koncertowa z orkiestrą, chórem i solistami na scenie wyglądała jakby przed remontem, a jej nowe możliwości techniczne zobaczymy ewentualnie dopiero w planowanych właśnie inscenizacjach.
Na początku chór będący niegdyś ozdobą operowych produkcji zaśpiewał fragment Parii, nie przypominając dawnej świetności, a Jacek Kasprzyk zadyrygował uwerturą do tej nudnej opery, jakby nie było przedtem próby. Volodymyr Tyshkov zaśpiewał swym pięknym basem arię Akebara, a Rusłana Kowal arię Neali, napisaną na sopran dramatyczny, a nie liryczną koloraturę.
W ten sposób oddano cześć patronowi Opery, szkoda że fragmentami najsłabszego dzieła Moniuszki, chociaż ponoć ostatnio gdzieś nagradzanego za przewrócenie treści jej akcji do góry nogami. Przy okazji okazało się, że talent dyrygencki Jacka Kaspszyka do cna się wypalił, a z dawnej charyzmy i chłopięcego uroku pozostało tylko spóźnianie się w wychodzeniu na scenę. Prowadząc jako nowy dyrektor muzyczny nie najlepiej usposobioną orkiestrę, zaprzeczył u nas w Poznaniu tradycji, że jego poprzednicy Latoszewski, Górzyński, Bierdiajew, Satanowski i Dondajewski, na starość dyrygowali jeszcze lepiej niż w młodości.
A zatrudniając ponadto na stanowisku I dyrygenta Włocha Marco Guidariniego można było mądrzej zaplanować program Gali, koniecznie bez estradowej wersji II aktu Traviaty, gdzie skądinąd wybitna solistka Monika Mych kreowała króciutką, kilkutaktową partię służącej Aniny, „grając” na scenie w czarnej sukni balowej z głębokim dekoltem, a zasłużeni śpiewacy chóru Szajek i Korzeniowski paradowali w swych króciutkich epizodach ubrani w koncertowe fraki. Cała obsada z Rusłaną Kowal (wspaniała Violetta) i Arturem Rucińskim (zjawiskowym wokalnie, zbyt młodym ojcem Germontem) usiłowała popisywać się również aktorstwem, co sprowadziło ten występ do popisów raczej świetlicowych.
Nowy tenorowy nabytek Paweł Kalina śpiewał arię Jontka głosem mogącym sprostać najwyżej Damazemu w Strasznym dworze, natomiast młody Szymon Mechliński zaimponował urodą helden barytonu w arii Rigoletta i Janusza z Halki. Rozpoczynając właśnie międzynarodową karierę, powinien dbać o – póki co – nie nadmierną ekspresję odziedziczonego po rodzicach pięknego materiału głosowego.
Ze wszech miar pozytywnie, wokalnie i wizualnie zaprezentowała się Małgorzata Olejniczak-Worobiej w arii Hanny ze Strasznego dworu, a w finale Artur Ruciński, śpiewając Renata z III aktu Balu maskowego i na bis poloneza Miecznika, jako że był afiszową gwiazdą wieczoru. Korzystając z tego nie powinien zgodzić się na konfrontację z młodym poznańskim barytonem, którego trudno mu było przyćmić…
Tak skonstruowany – nie bardzo fortunnie – repertuar Koncertu nie wymagał żadnych zapowiedzi. No, ewentualnie mogła tego dokonać osobiście Pani Dyrektor, która wydaje się czuć coraz lepiej ukazując się na scenie i przemawiając, zwłaszcza w sferze szyku elegancji i urody. Natomiast wynurzenia przypominające audycje szkolne, jakie zaprezentowali prowadzący Jaromir Trafankowski i Agata Konarska znacznie obniżyły poziom wieczoru. Moim krytycznym uwagom wydawały się przeczyć reakcje publiczności. Poznaniacy przybyli szykownie ubrani, dostojni, stęsknieni za swą kurtyną, widownią i wyremontowaną sceną, jednocześnie tolerancyjni wobec artystycznych propozycji i muzyczno-wokalnych doznań.
Postanowiłem dołączyć do grona wspierających dzień dzisiejszy i przyszłość Gmachu pod Pegazem, zapominając o lekceważeniu mojego dorobku w przeszłości i wieloletnim „poszczekiwaniu” pewnego nic nie znaczącego związkowca, który od dawna powinien być posłany na wcześniejszą emeryturę. Poprosiłem dyr. Renatę Borowską-Juszczyńską o spotkanie, podczas którego zamierzam przedstawić plan kontynuowania Poznańskich Warsztatów Operowych, o które wciąż dopytują się poznaniacy, gdy tylko pojawię się gdziekolwiek.
Przejąłem się jej powiedzeniem, że „powinniśmy być razem”. Ponowne zbliżenie się do problemów jakże kochanego przez nas Gmachu pod Pegazem niechże będzie dowodem, że również w dziedzinie narodowej kultury jesteśmy sobie bliżsi, gdy polityczne zło – miejmy nadzieję, że bezpowrotnie – minęło i odejdzie w niebyt!
Sławomir Pietras