Nasze związki z operową Genuą

Opublikowano: poniedziałek, 06, listopad 2023 06:35
Pietras Sławomir

Jest ich jak dotąd niewiele, ale warto wyciągnąć je z zapomnienia. W czerwcu roku 1968 Opera Poznańska w genueńskim Teatrze Margherita wykonała kilka swoich spektakli, prezentując Straszny dwór, Damę pikową, Ognistego ptaka, Improwizacje do Szekspira i Wariacje 4:4 przyjęte tak entuzjastyczne, że w następnym sezonie Genua przysłała do Poznania swój zespół operowy, który przedstawił nieznane wówczas w Polsce arcydzieła włoskiej klasyki; Ernaniego Giuseppe Verdiego i Lunatyczkę Vincenzo Belliniego.

 

Wśród wybitnych włoskich solistów wyróżniała się młoda wówczas dramatyczna sopranistka Rita Orlandi-Malaspina, rewelacyjna jako Elwira w Ernanim.Jej potężna postura konkurowała na scenie z siłą głosu, porównywalną do brzmienia przysłowiowej armaty. Na konferencji prasowej ujawniono, że gwiazda przyjechała do nas w przededniu debiutu w Metropolitan, gdzie swą amerykańską karierę rozpoczynała od Królowej Elżbiety w Don Carlosie.

 

Idąc w gronie aktywu Towarzystwa Przyjaciół Opery na zajęcia uniwersyteckie nazajątrz po sukcesie genueńczyków spotkaliśmy przed Operą Malaspinę, wybierającą się na zwiedzanie Poznania. Urządziliśmy jej spontaniczną uliczną owację po której oświadczyła, że „czuje się jak w Ojczyźnie, a nie w po raz pierwszy widzianym chłodnym, północnym mieście”.

 

Ach, te młodzieńcze wspomnienia z czasów, gdy polscy artyści i melomani doznawali pierwszych operowych przeżyć w kontakcie ze światem, co Polakom umożliwiał wtedy odważny i kompetentny dyrygent Robert Satanowski, o którego dyrektorowaniu w polskich teatrach operowych (kolejno w Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu i Warszawie) niesłusznie postanowiono zapomnieć.

 

Już za czasów operowej aktywności łódzkiej Agencji Grand Tour pojechaliśmy do Genui, aby zobaczyć w Teatro Carlo Felice tamtejszą inscenizację opery Belliniego Purytanie, z czołową gwiazdą współczesnej włoskiej wokalistyki Mariellą Devia. Zarówno śpiewaczka jak i spektakl wywołał  nasz niekłamany entuzjazm. Toteż obecnie kolejna możliwość kontaktu ze sztuką liryczną tego niezwykłego miasta wzbudziła zainteresowanie wielu operowych podróżników spod znaku Grand Touru. Wybór padł na Sen nocy letniej Beniamina Brittena, niegrany w Polsce, z wyjątkiem Poznania w latach siedemdziesiątych, kiedy dzieło to wyreżyserowała Danuta Baduszkowa i wkrótce potem zmarła.


 

Zastanawiający pozostaje wybór tej niełatwej w odbiorze współczesnej opery w kraju, gdzie niezmiennie preferuje się XIX-wieczne arcydzieła bel canta z wirtuozowskimi popisami wokalnymi przy „gitarowym” akompaniamencie orkiestry. Spektakl okazał się świetnie wyreżyserowany (Laurence Dale, znany londyński tenor, reżyser i dyrygent), wyśmienity scenograficznie (Gary McCann), z chórem tzw. białych głosów (Gino Tanasini) i pod kierownictwem muzycznym Donato Renzettiego, dyrygenta wybitnie kompetentnego w odtwarzaniu jakże trudnej partytury z angielskim tekstem.

 

Obsadę stanowili soliści specjalizujący się w muzyce współczesnej, wśród których nie znalazłem żadnego włoskiego śpiewaka, żadnego znanego nazwiska, ale wszyscy byli perfekcyjni zarówno wokalnie, muzycznie jak i aktorsko. Na czele obsady w roli Oberona wystąpił kontratenor Christopher Ainslie, śpiewak świetnie przygotowany i przysposobiony, ale przez grupę przybyszów znad Wisły porównywalny z Józefem Jakubem Orlińskim, z wyraźną przewagą na korzyść naszego rodaka.

 

Błyskotliwa międzynarodowa kariera Orlińskiego (nawet w samolocie znaleźliśmy jego wywiad i piękne zdjęcie w pokładowym Informatorze) zepsuje dobre samopoczucie niejednemu jeszcze kontratenorowi, chociaż jak dotąd żaden polski „przywódca operowy” nie wpadł na pomysł, aby właśnie dla niego zagrać brittenowski Sen nocy letniej ku uciesze licznych jego wielbicieli, zamiast w kółko Traviaty, Toski, Fausty czy Bale maskowe. Nie doradzam – broń Boże – zajmować się jedynym poznańskim, podstarzałym już kontratenorem, na którym kiedyś sam mocno się sparzyłem i dziwię się, że do dziś trzymają go w tamtejszym zespole. 

 

Patrząc na tegoroczny plan repertuarowy Teatro Carlo Felice w Genui, po Śnie nocy letniej (tylko 4 razy), przewidziano Werthera (w listopadzie, też 4 razy), Edith (współczesne dzieło Maurizio Fabriziego (w grudniu, tylko 3 razy), Madama Butterfly (aż 5 razy w styczniu), Idomeneo (4 razy w lutym), Beatrice di Tenda Belliniego (4 razy w marcu), Cyganeria (6 razy w kwietniu), Il Corsaro Verdiego (4 razy w maju) i Cyrulik sewilski (aż 6 razy w czerwcu).

 

Z okazji Światowego Dnia Opery (25 października), patrząc na repertuar polski i zagraniczny stwierdzam, że wciąż jest to dziedzina sztuki, która żyje bogatą przeszłością, wielką tradycją i kultywowanym mistrzostwem wokalno-aktorskim. Czasem trafi się coś współczesnego, zarówno w Genui, jak i u nas. I – póki co - niech tak pozostanie!

                                                              Sławomir Pietras