Trudno dociec, dlaczego Opera Śląska zakończyła męczący sezon (remont sceny) właśnie spektaklem Madama Butterfly, skoro dyr. Łukasz Goik dorobił się w swym teatrze repertuaru rozległego i urozmaiconego. Wieloletnia tradycja śląska nakazywała grać spektakle operowe w każde poniedziałki i wtorki na scenie Teatru Wyspiańskiego, dokąd z dużej części aglomeracji górnośląskiej łatwiej jest dojechać, niż do Bytomia. Obecnie zostały z tego tylko trzy wtorki miesięcznie co świadczy, że władcy województwa mniej dbają o społecznie akceptowaną tradycję.
Na zakończenie sezonu przybyło duże grono elit politycznych i samorządowych, o co zadbał operatywny i wszędobylski dyr. Goik, zapowiadając obecność nowej v-ce marszałkini samorządu Anny Jedynak, która od niedawna nadzoruje śląską kulturę. Ponieważ mam do niej pilny postulat (zarówno do marszałkini jak i kultury) postanowiłem przyjechać na tę uroczystość specjalnie aż z Poznania. Ale Anna Jedynak z jakiś - zapewne ważnych powodów - była nieobecna. Niech żałuje, bo spektakl oglądaliśmy z entuzjazmem, wznowiony po dłuższym niegraniu w znakomitej reżyserii Henryka Konwińskiego.
Obsada solistów była nienaganna. Anna Wiśniewska-Schoppa w partii tytułowej z pięknym głosem i interpretacją wzruszającą. To samo należy powiedzieć o Łukaszu Załęskim w roli Pinkertona, którego już po raz wtóry Bregenzer Festspiele angażuje na serię festiwalowych spektakli na Jeziorze Bodeńskim, gdzie będziemy go słuchać i oglądać w sierpniu, podczas wyprawy z łódzkim Grand Tourem na ten światowej klasy Festiwal.
Suzuki śpiewała Anna Borucka i wyglądała tak szykownie, że Pinkerton powinien również ją zbałamucić. Konsulem był Stanisław Kufluk, który głosem i postacią zasługuje żeby być awansowany na ambasadora. Partie drugoplanowe obsadzone zostały również starannie; Bogdanem Kurowskim (świetny Bonzo), Kamilem Zdeblem (Yamandori, który wkrótce powinien być Konsulem), Adamem Woźniakiem (epizodyczny Komisarz) i Jarosławem Bieleckim (Goro), następcą wielu legendarnych śląskich wykonawców tej roli (Dobosz, Babis, Żaba, Wiśniewski, Widera).
Siedząc w pierwszym rzędzie balkonu zacząłem obliczać, którą to Butterfly oglądam na tej, od dzieciństwa ulubionej widowni. Gdzieś w roku 1955 rodzice zdobyli bilety na Sprzedaną narzeczoną. Wtedy łatwiej było o sukces spektaklu, niż zdobycie nań miejsca, zwłaszcza na katowickich przedstawieniach.
W ostatniej chwili Sprzedaną narzeczoną, odwołano bo z Berlina Wschodniego przysłano na gościnny występ Ingeborg Wenglor, która „Panią Motyl” zaśpiewała w języku… niemieckim. W przerwach plotkowano, że właściwie nazywa się Węglarz, pochodzi z Zabrza i aby wystąpić w rodzinnych stronach znacznie obniżyła honorarium. Matka radziła ojcu zasłaniać mi oczy, gdyby na scenie działy się sceny drastyczne z muzyką tego „zbereźnika” Pucciniego.
Odtąd zacząłem bywać samodzielnie na katowickich spektaklach operowych, zwłaszcza gdy Cio-Cio-San śpiewała Maria Kunińska, Maria Vardi, a po latach jej studentka i wychowanka Marina Hristowa oraz Stanisława Marciniak, której debiut w tej roli mimo znacznej nadwagi, ale pięknego głosu, był wydarzeniem: „A lat masz ile? – Niech pan odgadnie ! – Dziesięć ? – To za mało. Dwadzieścia ? – To za wiele. Dziś lat piętnaście kończę. Przykra rzecz starą być”. Tak śpiewała po polsku tytułowa bohaterka, wzbudzając niepożądaną wesołość na widowni. W powojennej Operze Poznańskiej znalazła na to sposób leciwa już, ale ciągle znakomita Ewa Bandrowska-Turska. Gdy następowała kwestia „A lat masz ile ?…” przechodziła nagle z języka polskiego na jakieś nieokreślone sylaby, aby po chwili znów wrócić do polskiego. Pytana dlaczego, oświadczyła: – Tę kwestię po prostu postanowiłam śpiewać po japońsku.
Z innych śląskich wykonawczyń tej roli pozostała mi w pamięci Natalia Stokowacka, Ewa Karaśkiewicz i Barbara Bałda. Każda inna, wszystkie znakomite, nie muszące ratować się japońszczyzną.
Gwiazdą spektaklu kończącego sezon Opery Śląskiej był jej nowy szef artystyczny Tomasz Tokarczyk, bodaj najwybitniejszy dyrygent operowy średniego już (lata lecą !) polskiego pokolenia. Dyrygował natchniony, wrażliwy, uczulony na proporcje brzmieniowe, oddychający ze śpiewakami, w pełnym porozumieniu z muzykami orkiestry. Po latach sukcesów krakowskich zwabiony do Bytomia jest przykładem, że magnez atrakcyjności może zacząć działać w stronę przeciwną. Dawniej jeździło się na Śląsk, aby wyławiać z niego talenty dla Poznania, Łodzi czy Warszawy. Teraz Opera Śląska przyciąga co ciekawsze i wybitniejsze artystyczne osobowości z innych polskich teatrów operowych. Oby ten trend dobrze rozumieli wszyscy, wspierający aktywność dyr. Łukasza Goika, jego nowego dyrektora artystycznego i z sezonu na sezon coraz lepszego artystycznego zespołu.
Sławomir Pietras