Pełny tytuł najnowszej pracy scenicznej tego brawurowego reżysera nowej generacji brzmi: „Zbrodnia i kara z powodu zbrodni Rosjan, których nie potrafimy zrozumieć”.
Już z przydługiego anonsu wynika, że ten „konik polny” awangardowej reżyserii teatralnej tytuł dzieła Fiodora Dostojewskiego wykorzystał do rozprawiania się z rosyjskim barbarzyństwem nad narodem ukraińskim i niszczeniem tej pięknej krainy, a nie kolejnych – jak w oryginale – dywagacji o perypetiach Raskolnikowa i starej lichwiarki, którą zabił siekierą.
Skrzywanek w planach reżyserskich ma jeszcze Wojnę i pokój i Martwe dusze, a więc powstanie tryptyk, którego tytuły – jak wynika z dopiero co oglądanego – są jedynie pretekstem do autorskich, myślowo brawurowych, a scenicznie nad wyraz oryginalnych i odważnych wypowiedzi. Udało mi się ustalić, że za zaplanowanymi tytułami stoi los rosyjskich żołnierzy (konsekwencje wojny w sferze psychiki) i szturm na teatr na Dubrowce.
W Zbrodni i karze niemal w całości analizuje rosyjskie okrucieństwa i gwałty popełnione na Ukrainie. Opiera się głównie na dokumentach grupy „Slidstwo” oraz analizie ludzkich uczuć w zetknięciu z obrazami wojny. Stawia pytania o jakość współczucia, niemożność ukarania winnych, a przede wszystkim szanse na skrócenie i zakończenie tego sąsiedzkiego nieszczęścia.
Wśród bogactwa i różnorodności zastosowanych środków teatralnych dominuje zjawisko gwałtu, mającego w historii wojen długą, barwną, acz okrutną karierę. U Skrzywanka gwałtowi towarzyszy antyprzemocowa retoryka, zakończona supozycją o ilości zgwałconych Ukrainek, które po ucieczce do Polski spotkało u nas to samo. A było ich wcale niemało. Z wrażenia zapomniałem ile, pochłonięty śledzeniem bogactwa środków teatralnych, jakimi posługuje się nasz „konik polny” konstruując swą wizję sceniczną. Realizując ten spektakl Jakub Skrzywanek posłużył się w stosunku do swoich zadań formułą niezwykle oryginalnej reżyserii, koncepcji inscenizacyjnej i scenariusza, uzupełnionego o improwizacje aktorskie. Udało mu się skompletować dziesięcioosobowy zespół wykonawców, złożony z aktorów wrocławskich po opuszczeniu zrujnowanego Teatru Polskiego oraz kilku mimów płci obojga z Teatru Pantomimy.
Są to – z różnymi rozmiarami zadań – Artur Borowski, Izabela Cześniewicz, Eloy Moreno Gallego, Paulina Jóźwin, Igor Kujawski, Agnieszka Kwietniewska, Dariusz Maj, Michał Mrożek, Michał Opaliński i Janka Woźnicka. Ekipa wspaniała, sygnalizująca swymi działaniami na scenie zamiary i stosowanie środków inscenizacyjnych reżysera , jak swoje własne, pracująca zespołowo mimo, że są wśród niej niemałe aktorskie indywidualności.
Wszystko to rozgrywało się na wielce nietypowej powierzchni służącej jako scena bez kurtyny, przed amfiteatralną widownią Centrum Sztuk Performatywnych Piekarnia, które od niedawna stało się nowym we Wrocławiu terenem teatralnych dokonań. Patrząc na to miejsce, ten zespół i tego dynamicznego, ciągle jeszcze dwudziestokilkuletniego Skrzywanka, chciałoby się krzyknąć: – Toż to po Tomaszewskim i Grotowskim trzeci zrodzony we Wrocławiu fenomen teatralny, który może nadal żyć, rosnąć i zadziwiać, jeśli otrzyma status teatru i zespołu autorskiego, tak jak jego dwaj wielcy poprzednicy. Będąc dopiero na początku twórczej drogi Jakub Skrzywanek – tout proportion garde – znacznie różni się obliczem artystycznym od Tomaszewskiego i Grotowskigo. Posługuje się głównie dialogiem mówionym, tylko niekiedy wspieranym pantomimą, wymyśla zaskakujące środki wyrazu teatralnego, co ma po Grotowskim, ale go nie naśladuje. Poza tym jest intensywnie kreatywny, progresywny, niezwykle odważny na granicy ryzyka, którego jednak nie przekracza.
Od dwóch sezonów związany z Teatrem Współczesnym w Szczecinie, obecnie już jako dyrektor artystyczny i następca Anny Augustynowicz, która po 30 latach na tym stanowisku postawiła właśnie na niego. Trzyma nad nim parasol ochronny, co zapewne nie jest łatwe. Jeśli będzie miała nadal na to siły i ochotę, doradzałbym częste wzajemne konsultowanie pomysłów, czasu trwania poszczególnych sekwencji i rozmowy, dyskusje, rozmowy… Bo nawet największy talent może wiele zyskać w zetknięciu z umiejętnościami i doświadczeniem szczecińskiej Mistrzyni.
Bodaj przed siedmiu laty na łamach „Wejścia dla artystów” Kubę Skrzywanka pierwszy raz zauważyłem. Teraz widząc, że wykonał ówczesne przewidywania ze znaczną nawiązką, nazywam go „konikiem polnym” bo jest silny, skacze wysoko, daleko i celnie, kieruje się tam gdzie trzeba, rozbudzając wokół zainteresowanie i ciekawość.
Jest jednak jeszcze ciągle zielony, co przynosi mu niemałą sympatię, ale przed wszystkim nadzieję.
Sławomir Pietras