Scena Teatru jest w generalnym remoncie, więc spektakl odbył się w nieco gorszych warunkach technicznych, ale w niezwykle gościnnej sali Aula Artis. Dyrektor Renata Borowska-Juszczyńska dokonuje cudów, aby zespoły poznańskiej Opery mogły działać nieprzerwanie.

Zacznę od anegdoty. Przed wielu laty (czas płynie) moja przyjaciółka św. pam. Maria Fołtyn zapytała mnie po jakiejś premierze, na którą akurat nie mogła przyjść, jak było. Więc opowiadam, że reżyseria taka, a taka, dyrygent średni, śpiewacy… Tu mi brutalnie przerwała. Piotrze, ja i bez twojej relacji doskonale wyobrażam sobie jaki był spektakl, bo znam tych artystów. Mnie interesuje: kto był na widowni? Otóż w Poznaniu na widowni była Ewa Wycichowska. Ikona polskiego i - nie waham się powiedzieć – światowego teatru tańca, niegdyś tancerka, potem choreograf, przez prawie 30 lat dyrektor i twórca odziedziczonego po legendarnym Conradzie Drzewieckim Polskiego Teatru Tańca.
Przyszła i dlatego zrobiła ten zaszczyt, że została zaproszona. Ze wstydem jako Poznaniak i Wielkopolanin muszę napisać, że pani, którą Ewa Wycichowska lansowała jako tancerkę (zresztą znakomitą) i której powierzyła po odejściu na emeryturę swój teatr, nie raczyła Jej zaprosić na otwarcie zbudowanej przez miasto siedziby teatru.

Niestety sprawność ciała kryje czasem mierność ducha i miałkość umysłu. Hańba! Mnie na szczęście też tam nie było, tylko ja nie mam takich zasług, więc i pretensji też nie mam, ale gdybym był to grzmiałbym o niegodnej Wielkiego Księstwa Poznańskiego i całej Polski małości tej osoby, która jest aktualnym szefem teatru tańca w Poznaniu. O jego bieżącej działalności obecnie mało kto wie, nawet w Poznaniu. A nazwiska tej pani dyrektor, niegodnej Poznania, nie wymienię.

Ad meritum.
Podziwiałem sprawność techniczną i radość tańca całego międzynarodowego zespołu baletu Teatru Wielkiego w Poznaniu, kierowanego na najwyższym poziomie artystycznym przez Roberta Bondarę.
W partiach młodych protagonistów: Kitri i Basilia wystąpili Japończycy – Yukino Tamai i Takatoshi Machiyama. Oboje, przepraszam za określenie, malutcy (poprawność polityczna nakazywałaby pewnie powiedzieć: niewielkiego wzrostu) i dlatego pasujący do siebie. Protagonista raczej nie byłby w stanie podnieść typowej polskiej albo rosyjskiej partnerki – inne wymiary.

Do tego, że na scenie Hiszpanię zaludniają Azjaci, a nie Europejczycy, już zdążyliśmy się przyzwyczaić. Bardzo dobry był Espada – Włoch, jak sądzę, Andrea Porro. Wymienię już tylko najważniejszych pozostałych: Paweł Kromolicki (Don Kichot), Andrzej Płatek (Don Kichot II), Kseniya Rzheuskaya (Mercedes), Olaf Przybytniak (Gamache). Co do choreografii (Michal Stipa) – spełniła, jak sądzę, wszelkie oczekiwania miłośników baletu klasycznego.

Mniej podobała mi się szara scenografia, chociaż na jej tle tym piękniej wyglądały barwne i stylowe kostiumy (Ales Valasek). Muzyka została nagrana i odtworzona z CD (brak miejsca w tej sali na orkiestrę) przez orkiestrę Teatru Wielkiego w Poznaniu pod dyrekcją Grzegorza Wierusa. Pozwolę sobie tutaj przywołać opinię wielkiej Ewy Wycichowskiej, że tempa były zawrotne. Ale tancerze poradzili sobie znakomicie. W sumie: uroczy wieczór z gwiazdą na widowni. W dodatku chyba wszyscy widzowie byli w covidowych maseczkach. Ale wiadomo: to Wielkopolska!
Piotr Nędzyński