Dyrygentka i klawesynistka Emmanuelle Haïm oraz reżyser, scenograf i zarazem projektant kostiumów Laurent Pelly spotkali się już w Operze Paryskiej przy okazji realizacji Juliusza Cezara Händla, wystawionej przed dziesięcioma laty w przepięknej sali Palais Garnier.

Przypomnijmy zatem, że w 1980 roku Pelly założył teatralny zespół Le Pélican, którego działalnością kieruje (od 1989 roku) razem z Agathe Mélinand, francuską reżyserką i dramaturgiem. Laurent Pelly zbudował swoją międzynarodową karierę oraz zyskał uznanie publiczności i krytyki za sprawą porywających inscenizacji w zakresie lekkiego repertuaru opéra comique. Uważa się go słusznie za mistrza we wprawianiu w ruch machiny sytuacyjnego humoru, nacechowanego wyrafinowanym i subtelnym gustem (wystarczy chociażby wspomnieć o jego szalonej wizji Wesela Figara Rossiniego, pokazanej w 2017 roku właśnie w Théâtre des Champs-Elysées).
Natomiast trzeba też zauważyć, że wyprawy Pelly’ego na obszary znajdujące się poza wspomnianym repertuarem przynoszą różne i nie zawsze porywające rezultaty. Z kolei Emmanuelle Haim jest założycielką (w 2000 roku) i muzyczną szefową instrumentalno-wokalnego zespołu barokowego Le Concert d’Astrée, specjalizującego się w wykonawstwie muzyki siedemnastego i osiemnastego wieku.

Ów ansambl prowadzi ożywioną działalność koncertową, ale pojawia się także w kanale teatrów operowych i przyciąga uwagę konsekwentną polityką nagraniową. Nic dziwnego, że ponowna współpraca tej dwójki artystów przy okazji nowej produkcji Cosi fan tutte Mozarta wzbudziła teraz niemałe - choć powiedzmy od razu: nie do końca zaspokojone - oczekiwania. Haïm zmierzyła się już z tym arcydziełem przed siedmioma laty w Lille, w spektaklu wyreżyserowanym przez Christophe’a Honoré na zamówienie Festiwalu w Aix-en-Provence.

Podobnie jak w tamtych okolicznościach, tak i teraz w kanale orkiestry zasiada jej Le Concert d’Astrée, który nie pozostawia żadnych wątpliwości co do swojego wysokiej klasy profesjonalizmu. Już od samego początku urzeka plastyczne frazowanie, szeroka paleta barw, piękne prowadzenie partii solowych, ze szczególnym podkreśleniem wzorowo realizowanego akompaniamentu recitatiwów. Duża rola przypada w udziale instrumentom dętym - już od samego początku porywają oszałamiające dialogi pomiędzy fletami, obojami, klarnetami i fagotami.
Kunsztowne kombinacje ich interwencji fantastycznie towarzyszą wielu epizodom tej opery, chociażby dwóm ariom Fiordiligi, początkowi pierwszego finału czy arii Ferranda. W grze Le Concert d’Astrée ujmuje też uwypuklanie kontrastów i żywa melodyka, pełna precyzja i synchronizacja czy wyważone proporcje poszczególnych sekcji orkiestry. Jedyny zarzut, jaki by można postawić francuskiej dyrygentce, dotyczy zbyt często wyśrubowanych temp, niepozwalających nieraz wybrzmieć wszystkim frazom i momentami doprowadzających do zachwiania równowagi w zakresie prowadzenia narracji muzycznej.
Miejscami nie uwalniają się też w wystarczającym natężeniu zawarte w partyturze Mozarta delikatność, zmysłowość i kruchość ludzkich uczuć. No cóż, temperament Haïm jest czasem trudny do okiełznania. Dodajmy, że pod jej batutą korzystnie się też prezentuje chór Unikanti, pracujący pod kierunkiem Gaëla Darchena. Korzystne wrażenie wywiera jego homogeniczna barwa, wyrównana intonacja i dobrze zachowane proporcje między głosami.
Warto zresztą w tym miejscu przypomnieć słowa samej Haïm, według której „emocja muzyczna wykracza poza teatralne kłamstwo”, co w jej interpretacji znajduje swoje - chociaż niepełne - potwierdzenie. Jeśli jednak warto się było na omawiane przedstawienie wybrać, to przede wszystkim ze względu na rewelacyjny poziom solistów, z których każdy udziela niezapomnianej lekcji kunsztu wokalno-aktorskiego. Vannina Santoni śpiewa jasnym, cieniującym nastroje, wszak nieosuwającym się w czułostkowość, a tam gdzie trzeba tryskającym humorem sopranem partię Fiordiligi.
Ciemny i powabny głos Gaëlle Arquez doskonale pasuje do postaci kokieteryjnej Dorabelli. Wcielający się w Ferrando tenor Cyrille Dubois opanował do perfekcji mozartowski styl i finezyjnie cieniuje nie tylko frazy, ale również pojedyncze dźwięki. Ponadto kreuje intymne klimaty przy wykorzystaniu bezbłędnie podtrzymanego pianissimo. Niezwykle atrakcyjnie brzmi soczysty i gęsty bas Floriana Sempey, który idealnie uosabia Guglielmo.
Weteran scen operowych, jakim jest Laurent Naouri, umiejętnie wykorzystuje doświadczenie i talent aktorski do przekonującego budowania postaci Don Alfonso, a przezabawnie mu partnerująca Laurène Paternó kreśli sugestywny portret sprytnej Despiny. Przywołany wyżej reżyser Laurent Pelly jest znany ze swojego upodobania do przerzucania pomostów pomiędzy dziełami, nad którymi akurat pracuje, i współczesną publicznością.

To zapewne dlatego wraz ze scenografką Chantal Thomas postanowił teraz umieścić akcję rzeczonego arcydzieła w studiu nagrań, wzorowanym na znanej firmie z Berlina. Nie chodzi jednak o realistyczne odtworzenie na scenie tej kultowej już instytucji, lecz raczej o przywołanie wyobrażonego czy jakby wyśnionego miejsca. Albowiem głównym artystycznym założeniem reżysera jest tutaj umieszczenie muzyki w centrum opowiadanej historii. I tak oto spektakl rozpoczyna się zainscenizowaną sesją nagraniową opery... Cosi fan tutte, co tłumaczy obecność widocznego w kabinie reżysera dźwięku i rozmieszczonych na całej powierzchni pulpitów do nut, kabli i mikrofonów.
W miarę upływu czasu okazuje się, że uczestniczący w nagraniu śpiewacy stają się stopniowo postaciami, których partie właśnie wykonują: tak jak one zaczynają ulegać miłosnym porywom, ale także zanurzać się w cierpieniu. Mamy tu zatem do czynienia z rodzajem procederu teatru w teatrze, podczas którego artyści prawie niezauważalnie, ale nieodwracalnie, wchodzą w skórę swoich bohaterów. A wraz z tym przeobrażaniem się otaczające ich przedmioty i miejsca zatracają swoje pierwotne przeznaczenie.

Na przykład wyjścia awaryjne stają się drzwiami do pokojów młodych dam, a soliści coraz częściej odchodzą od mikrofonów, aby zbliżać się nawzajem do siebie. Wszakże niezależnie od konkurujących ze sobą pod względem komizmu i ironii sytuacji scenicznych cała narracja zmierza nieuchronnie do brutalnego finału, w którym czwórka młodych osób uświadamia sobie boleśnie prawdziwą naturę uczuć.

Wreszcie trzeba w podsumowaniu uczciwie stwierdzić, że mankamentem skądinąd oryginalnej i interesującej koncepcji Pelly’ego jest pojawiające się niekiedy u widza poczucie znużenia. Jest ono bez wątpienia wywołane monotonną powtarzalnością niektórych pomysłów inscenizacyjnych, jak choćby powracający aż do znudzenia widok kręcących się po „studiu” i wcielających się w dźwiękowców statystów. Na zakończenie trzeba jeszcze docenić symboliczny gest dyrektora Théâtre des Champs-Elysées, który bezpośrednio przed podniesieniem kurtyny zabrał głos, aby oddać hołd walczącym z barbarzyńskim najeźdźcą Ukraińcom i zachęcić publiczność do nieustannego troszczenia się o demokrację.
Leszek Bernat