To co można oglądać podczas retransmisji spektaklu z Festiwalu Wagnerowskiego w Bayreuth na ekranach Multikina jest wystarczająco wspaniałe, aby przypominać okoliczności powstania tego wydarzenia. Pojawienie się naszego czołowego tenora Piotra Beczały w tytułowej roli Lohengrina było absolutną sensacją. Śpiewak obdarzony pięknym głosem lirycznym wkroczył na teren zarezerwowany dla artystów o stalowych strunach głosowych i odniósł zwycięstwo. A przecież było to niemal nagłe zastępstwo za Roberta Alagnę, który wycofał się w ostatniej chwili.
Przy okazji tej festiwalowej premiery zaczęto doszukiwać się „drugiego dna”. Chodziło o fragment drukowanej biografii Piotra Beczały, który opisywał, że w Bayreuth panują jakieś dziwne zwyczaje. Najpierw zapraszają, podpisują umowę z artystą, a potem odmawiają i odrzucają solistę. Zaczęto ten wpis kojarzyć z premierą Lohengrina, a ponieważ Beczała pisał o sobie, więc kierownictwo festiwalu zareagowało dosyć ostro.
Okazało się, że nic takiego nie miało miejsca, umowa została zrealizowana, spektakl się odbył, a naszemu tenorowi chodziło o dawną propozycję dyrygenta Christiana Thielemanna, który zapraszał go do Bayreuth, zaś realizacja nastąpiła dopiero po kilku latach. Wróćmy do retransmisji spektaklu z 2018 roku, który był wydarzeniem samym w sobie. Amerykański reżyser Yuval Sharon stworzył widowisko nieco udziwnione, ale jednak komunikatywne. Przebieg akcji opery nie został w żaden sposób zaburzony, pewne absurdalne z pozoru symbole w dekoracjach, kostiumach i akcji scenicznej posłużyły stworzeniu bajkowo-mitycznej atmosfery.
Wiele elementów scenografii i rekwizyty zostały przeniesione ze świata inżynierii wysokich napięć prądu elektrycznego. W kulminacyjnych momentach akcji następowały więc wyładowania widoczne na tej aparaturze. Ciekawym elementem kostiumów były musze czy też mrówcze, a w każdym razie owadzie, skrzydełka. Przypinano je tylko do kostiumów postaci o arystokratycznym rodowodzie – króla, książąt itd. tak jak to jest w wielkich koloniach np. mrówek.
Urwanie takiego skrzydełka w walce, było więc dowodem na przegraną danego bohatera, urwanie dwóch oznaczało śmierć. Warto więc także wymienić autorów scenografii i kostiumów: Rosa Loy i Neo Rauch. Najbardziej groteskową sceną była inscenizacja nocy poślubnej Lohengrina i Elzy – małżonkowie siadają na łożu i otwierają książki złożone na nocnych stolikach. Lohengrin ma jednak w szafce ukryty „na wszelki wypadek” sznur do związania partnerki. Uważny obserwator dostrzeże, iż w zasadzie scenografia i kostiumy oraz rekwizyty przez większość przedstawienia oscylują w niebieskościach, w odcieniach od jasnego błękitu poprzez ultramarynę do granatu. Zwłaszcza Lohengrin jest cały na niebiesko i zwykle w długich niebieskich rękawiczkach.

Dopiero w III akcie – po ślubie, otoczenie nabiera kolorów pomarańczowo-czerwonych, a Elza zmienia kostium w finale na jaskrawo oranżowy. Jej brat wracający z góry Montsalvat jest z kolei cały obrośnięty zielonym mchem. Ale dość o wrażeniach wizualnych, bo najważniejsze są odczucie muzyczne. Świetna orkiestra pod batutą Christiana Thielemanna, który ostatnio jest bohaterem nadawanego przez TVP Kultura cyklu prezentującego wszystkie Symfonie Beethovena, tutaj także może się popisywać pełną gamą swych możliwości. Piotr Beczała jest rewelacyjny głosowo i aktorsko.
Śpiewa pięknie, gdy trzeba – mocno, ale potrafi też zacząć frazę od wysokiej, jedwabiście cichej nuty. Jest absolutnie swobodny a swoją „nieziemską” rolę kreuje z lekkim przymrużeniem oka. Partneruje mu piękny sopran pochodzenia grecko-niemieckiego Anja Harteros w roli Elzy. Śpiewaczka zaczynała karierę od ról w operach Mozarta, a później zaczęła wykonywać coraz cięższy głosowo repertuar.
Miejscami wydaje się, że tutaj Wagner nie pozwala jej rozwinąć wszystkich walorów, ale ma w końcu grać absolutnie niewinną, bezbronną i naiwną dziewczynę. Wcale nie naiwna jest jej główna konkurentka Ortruda, która swym stalowym głosem Waltraud Meier zdaje się przebijać na wylot młodziutką księżniczkę brabancką. Mężem Ortrudy okazuje się być łatwo dający się zmanipulować, wiecznie niedowartościowany graf Fryderyk von Telramund. W osobie polskiego artysty Tomasza Koniecznego, który co jakiś czas siłowo podchodzi do wykonywanej partii, znajduje świetnego odtwórcę.
Wreszcie nad całością tego dramatu z mitologii germańskiej czuwa Król Henryk I Ptasznik, a śpiewa on idealnym do tej roli, mocnym, brzmiącym basem Georga Zeppenfelda. Bardzo dużo ciekawych akcji wykonuje w tej operze chór i jedną z najlepszych scen jest ceremonia sypania kwiatów na drodze pary młodej. Za ten jeden fragment wymagający od reżysera dużej kultury i wyobraźni, należą się duże brawa dla całego zespołu.
Kolejna prezentacja opery w Multikinie to Włoszka w Algierze 23 marca, feeria żartów i humoru, bo to komedia.
Joanna Tumiłowicz