Czy warto było przetwarzać temat filmu Rainera Wernera Fassbindera Strach zżerać duszę na spektakl – kantatę, bo raczej nie musical? Teatr Powszechny już trochę z filmem, albo filmowcami, flirtował, bo brał się za bary z Polańskim w Opowiesciach niemoralnych. W wieczorze pod tytułem Strach zżerać duszę pojawia się ponoć najlepszy reżyser niemiecki, (wcześniej był najlepszy polski) i zapowiada się cykl.

Czy jednak warto tworzyć etiudę aktorską na zadany temat, podłączać się pod stary film wypływający z innych przesłanek społecznych, politycznych, narodowych, ekonomicznych, kulturowych? Agnieszce Jakimiak, reżyserce i autorce scanariusza tego spektaklu wszystko kojarzy się z Polską. Być może jesteśmy na tyle opóźnieni cywilizacyjnie, że Niemcy z lat 70. to prawie Polska 2022 roku, ale to stwierdzenie nie jest ani odkrywcze, ani specjalnie bulwersujące, aby podejmować próby dopisywania do filmu Fassbindera jakichś scen z polskimi aktorami, którzy do tego mówią po niemiecku.
Twórcom przedstawienia, a zaliczyć tu także trzeba odpowiedzialnego za dramaturgię scenografię, światła i wideo – Mateusza Atmana, najwyraźniej chodziło o to, by na niemieckich plecach usmażyć własną tezę, którą wykłada się w następujących słowach: „to tragikomiczna opowieść o społeczeństwie, które tak dobrze czuje się we własnym, zamkniętym gronie, że za wszelką cenę usunie z horyzontu wszystkich, którzy nie wpisują się w jednolity krajobraz.

To także portret naszych uprzedzeń, które bywają kuriozalne i śmieszne, przesadzone i absurdalne. Być może w chwili, w której śmiejemy się ze społecznych tabu, śmiejemy się tak naprawdę z nas samych – i być może ten śmiech bywa oczyszczający”.

Niestety, ani z tym śmiechem nie było tak różowo, ani oczyszczenie nie przebiegało zbyt sprawnie. Być może zbyt dużo wagi i nerwów przykładaliśmy do wydarzeń na granicy polsko-białoruskiej, a teraz spoglądamy z niepokojem na granicę polsko-ukraińską, aby przejmować się problemami niemieckimi z lat 70. XX wieku. Po prostu, oni mieli swoje „godziny prawdy” a my mamy swoje. Jest jednak pewien aspekt czy też element tego nudnawego przedstawienia, który wygląda dosyć świeżo i stanowi być może jakąś furtkę, w którą można by wejść podejmując się rozmaitych, wątpliwych i nieoczywistych tematów. To forma kantatowa, czyli śpiewanie przygotowanych tekstów pod muzykę. W formie kantatowej poszczególni wykonawcy mogą dowolnie powtarzać wybrane frazy, mogą też śpiewać je w duetach, tercetach, kwartetach, kwintetach, a omawiane przedstawienie zatrudnia właśnie pięciu aktorów.
Pod koniec owych wariacji (to także forma muzyczna) na temat filmu Fassbindera aktorzy wychodzą na przód sceny, gdzie ustawione są dla wszystkich mikrofony i pod muzykę serwowaną i współtworzoną na żywo przez Łukasza Jędrzejczaka wykonują właśnie kantatę z librettem już wcześniej przećwiczonym w „wariacjach”. To jest solidna recepta dla twórców, którym kończy się inwencja po pierwszych 10 minutach spektaklu.

Zwykle stosuje się rozmaite zabiegi „utwardzające”, czyli np. powtarza się od początku to, co już widzowie oglądali, jakby ktoś od początku puścił taśmę. Jeśli jednak trafimy na muzyka, który z tego stworzy kantatę, to wówczas wchodzimy na wyższy szczebel twórczości, robimy spektakl z elementami tzw. „sztuki wyższej”. Tak się stało w przdstawieniu Strach zżerać duszę, ale i tego okazało się za mało do wypełnienia założonych 85 minut bez przerwy. Trzeba się było posłużyć jeszcze zatrudnionym przy spektaklu Łukaszem Jędrzejczakiem.

Wyszedł on ze swojej dźwiękowej kabiny i przed publicznością osobiście zaśpiewał lekko przerobiony przedwojenny przebój Graj piękny cyganie, czyli tango wykonywane kiedyś przez Adama Astona, potem przez Irenę Santor. To w oryginale tango czeskiego kompozytora Karela Vaceka, ale dobrze przyswojone w Polsce ze słowami Andrzeja Własta. Dziś uchodzi za przedwojenne polskie tango. Teraz można zadać kolejne pytanie: Co ma wspólnego tango Graj piękny cyganie z filmową opowieścią o Marokańczyku, który się ożenił z Niemką i co ma wspólnego ze współczesną Polską opowieść o Niemcach lat 70.? Na takie pytanie tylko prezes NBP umiałby znaleźć jakąś odpowiedź.
Joanna Tumiłowicz