Obyczaje się zmieniają i kładzenie się rejtanem (z małej litery, bo odnosi się do naśladowania postawy jak w przypadku donżuana czy donkiszota) na ogół na nic się zdaje, czego nie potrafi dostrzec pan Sławomir Pietras w felietonie „Nie wypada”. Mnie też denerwują oklaski pomiędzy ogniwami form cyklicznych. Pamiętam z dzieciństwa, że, gdy ktoś wyrwał się z nimi, pod wpływem piorunujących spojrzeń i syknięć innych słuchaczy chciał zapaść się ze wstydu. Tego rodzaju brawa i to w sposób zuchwały, za nic sobie mające upomnienia jakichś inteligenckich gołodupców, pojawiły się wraz z nowobogacką publicznością, zapraszaną zwłaszcza przez wpływową organizatorkę koncertów i festiwali. Uważają bowiem, że to oni nadają wszystkiemu ton i wyznaczają standardy zachowań i to inni powinni się do nich dostosować. Aliści, jakby powiedział Jerzy Waldorff, w XIX wieku to właśnie one świadczyły o odniesionym sukcesie.

Kompozytorzy chwalili się potem w listach jak długo trwały owacje pomiędzy poszczególnymi częściami. Denerwujące są smartfony nie tylko wciąż rozlegające się swoimi sygnałami w najbardziej nieodpowiednich momentach. I to pomimo próśb organizatorów o ich wyłączenie. Bardzo często sięgają po nie znudzeni słuchacze i widzowie w trakcie koncertu czy spektaklu, niemiłosiernie rażąc innych po oczach rozświetlonymi ekranami, o wiele bardziej inwazyjnymi od dawnych komórek, choć można regulować ich natężenie. Szczególnie dotkliwie daje się to we znaki przy wyciemnieniu audytoriów i teatralnych widowni. Dobrym obyczajem powinno być pozostawienie tego rodzaju urządzeń w szatni. Pana Pietrasa razi wzajemne bicie sobie brawa w trakcie ukłonów. Czy bardziej odpowiadałoby dyrektorowi polskich scen operowych przywrócenie gorszących scen źle pojętej rywalizacji i zwykłej zawiści z przeszłości? A więc targania się za włosy przez osiemnastowieczne primadonny jak to było w przypadku haendlowskich śpiewaczek: Franceski Cuzzoni i Fausty Bordoni (żony operowego kompozytora Johanna Adolfa Hassego). A w bliższych nam czasach Marii Callas kopiącej w kostkę Richarda Tuckera, gdy się przed nią wysunął, a on rewanżujący się wymierzeniem policzka (skądinąd w USA w XIX wieku mężów bijących żony karano sądownie… chłostą). Dla mnie sympatyczniejsze jest rozpowszechnione już w całym świecie koleżeńskie nagradzanie się oklaskami (ostatnio podczas przedstawienia Rigoletta w nowojorskiej Metropolitan Opera Piotr Beczała bijący brawo Rosie Feoli). Od dawna bowiem przyjętym jest, że muzycy wyrażają swoje uznanie dla dyrygenta i solistów uderzeniami smyczków o pulpity, dłońmi o instrumenty, a nawet tupaniem. Stało się to szczególnie wyraziste w okresie pandemicznych koncertów bez publiczności. Już Adam Asnyk za daremne żale uznawał przeciwstawianie się duchowi czasów, co rzecz jasna nie oznacza, iż wszystkie niesione przezeń zmiany przyjmować należy bezkrytycznie.
Lesław Czapliński