To Gogol z jednej strony klasyczny, po bożemu, w zasadzie bez skrótów, z kostiumami w stylu epoki. Z drugiej strony jakiś mroczny, wywrócony w groteskę i jeszcze ochoczo korzystający z estetyki kina niemego w jego horrorowej postaci.

Kino nieme odnosi się tylko do konwencji wizualnej, bo tekst Rewizora leci nienaruszony, choć w nowym tłumaczeniu Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej. Temu Gogolowi żyje się w Polsce dosyć dobrze, często jest przypominany w naszych teatrach. Autor ten miał też chyba trochę sympatii do mocno spolonizowanych Kresów dawnej Rzeczypospolitej, gdzie zdarzyło mu się pomieszkiwać. Pamiętam inscenizację Agaty Duda-Gracz we Wrocławskim Teatrze Współczesnym oraz Nikołaja Kolady w Teatrze Studio. A przecież tenże Rewizor stał się także narzędziem do ekranowo-satyrycznej ekspiacji znanej aktorki Ewy Telegi w prześmiewczym Eklerze.
No, ale tutaj jest Gogol w Teatrze Dramatycznym, przygotowany przez ekipę rosyjską, bo reżyserem jest Jurij Murawicki, a również scenografia i kostiumy dostały się w ręce bardzo uzdolnionej projektantki Galy Solodovnikovej, zatem bliższy „oryginałowi”. Reżyser chciał związać sytuację rosyjską z polską i jest autorem powiedzenia: „I w Polsce, i w Rosji rządzą przedstawiciele umierającego świata.

I nie chcą się z nim rozstać”, ale to nie rezonowało u premierowej publiczności. Najbardziej wyrazista reakcja pojawiała się po wynurzeniach gogolowskiego Ziemlianiki, czyli dyrektora miejscowego szpitala. Innych odniesień do aktualnej władzy w Polsce nie udało się stworzyć. Jednak spektakl się ogólnie podoba, bo jest perfekcyjny, dopracowany w każdym szczególe. Świetnie zaaranżowano np. rachityczno-koszmarne ruchy odtwórców ról służących. Kostiumy powiększające i deformujące ciała bohaterów, upiorny makijaż, nawet specyficzne pazury i szpiczaste uszy Drakuli dołączonego do puli wykonawców, udało się z sukcesem dokleić.
Spektakl ma rewelacyjną, dosyć oszczędną ale niezmiernie sugestywną muzykę francuskiego autora Louisa Lebee, który związał się na jakiś czas z rosyjskim teatrem. Szczęśliwie animacje wideo zostały sprowadzone wyłącznie do wyświetlania na kurtynie, jak w kinie niemym, ładnie zaaranżowanych przez Stanisława Zaleskiego napisów przed rozpoczęciem kolejnych aktów przedstawienia. Nasi aktorzy zmnienieni nie do poznania robią dobrze spektaklowi.

Może jedynie tytułowy Rewizor – Chlestiakow wygląda niepokojąco normalnie i to on jest słabszym punktem przedstawienia. Za karę w finale dokonuje się orgiastyczne, nie przewidziane przez Gogola, pożeranie fałszywego Rewizora przez wszystkich bohaterów komedii. W rezultacie do oklasków wychodzą aktorzy umazani keczupem i to wygląda aż niesmacznie. Mamy takiego Gogola, na jakiego zasługujemy.
Joanna Tumiłowicz