Ostatnio w spektaklach teatralnych użyczanych publiczności za pośrednictwem sieci pojawia się dużo dobrej muzyki. Wspominałam już o przedstawieniu Zmierzch Bogów nagranym przez zespół Teatru Wybrzeże, gdzie można było usłyszeć fragment muzyki Bacha. Tam mieliśmy do czynienia z taką samą okazją, co w obecnie prezentowanym spektaklu Uroczystość z TR Warszawa – urodzinami Pana Domu w statecznej, zamożnej rodzinie.

Oba przedstawienia łączy jeszcze jedna cecha – były to, bowiem sceniczne adaptacje głośnych obrazów filmowych – tam Viscontiego, tutaj Thomasa Vintenberga i Mogensa Rukova. Można się długo rozpisywać o zaletach warszawskiej Uroczystości, która objechała teatralne festiwale na całym świecie. Bo w końcu udział czołówki polskich aktorów, którymi pokierował znakomity reżyser Grzegorz Jarzyna, to ogromny atut. Przypomnijmy, że obok Andrzeja Chyry i Jana Peszka, którzy skupiają na sobie główną uwagę, pojawiają się m.in. Magdalena Cielecka, Aleksandra Popławska, Marek Kalita, Ewa Dałkowska, Katarzyna Herman, Zygmunt Malanowicz, Adam Ferency, Danuta Szaflarska, Danuta Stenka.
Scena jest potraktowana dosyć umownie, głównym rekwizytem jest tu długi stół, przy którym zasiada do uroczystości cała rodzina, ale szereg drzwi w ścianie pozwala zasugerować fakt, że czasami są to wejścia, a czasami wyjścia z pokoi w wielkim domu. To niebanalny pomysł autorski scenografki Małgorzaty Szczęśniak. Pod stołem albo bawią się dzieci, albo wpadają tam zbyt zmęczeni biesiadnicy. Jest jeszcze jeden intrygujący rekwizyt, wypełniona wodą wanna, w której znajdujemy np. kompletnie ubraną Danutę Stenkę.

W przedstawieniu dzieje się sporo, choć najważniejsze są tu przemówienia podczas uroczystych toastów, odbiegające od zwyczajowych pochwał. Do końca nie możemy uwierzyć, że oskarżenia pod adresem głównego jubilata, iż wiele lat wcześniej gwałcił swoje dzieci, są prawdziwe. Bohaterowie uroczystości traktują to raczej, jako wybryk sfrustrowanego i nie w pełni poczytalnego członka rodziny. To jeden z głównych akcentów dramaturgicznych sztuki.

Mnie jednak zainteresowała ciekawa oprawa muzyczna przedstawienia. Po pierwsze z napisów końcowych wynika, że ma ona aż trzech autorów. Jednym jest reżyser Grzegorz Jarzyna – odpowiedzialny także za opracowanie muzyczne. Pod hasłem „muzyka” kryją się jeszcze dwie osoby – Paweł Mykietyn i Piotr Domiński, kompozytor i etatowy „oprawca” muzyczny. Trudno powiedzieć, który fragment muzycznej oprawy należy przypisać konkretnej osobie, jedno jest pewne – na „liście płac” zabrakło jeszcze co najmniej trzech nazwisk.
Po pierwsze kompozytora Franza Schuberta, którego Serenadę Ständchen ze słowami "Leise flehen meine Lieder", napisanymi przez Ludwiga Rellstaba, wykonywał zza sceny – zapewne z nagrania – jakiś dobry baryton. Ktoś mu także akompaniował na fortepianie. Zresztą sam wstęp został powtórzony kilka razy dla spotęgowania napięcia. Po drugie większość oprawy muzycznej była wypełniona przez muzykę fortepianową dwóch typów.

Była więc towarzysząca eleganckiemu obiadowi lekko jazzująca muzyka typu kawiarnianego. W innych momentach spektaklu fortepian grał dosyć ostre gęste pasaże służące podbudowaniu nastrojów niepewności i nerwowości. Nie dowiedzieliśmy się jednak ani kto grał, ani co grał. To niech pozostanie dla nas zagadką. Mankamentem tego spektaklu był przesterowany dźwięk tekstów podawany przez aktorów. Wymagało to od oglądających wyławiania wypowiedzi poszczególnych osób i podejrzewam, że wielu spośród widzów zniechęciła do oglądania spektaklu taka sytuacja.
Joanna Tumiłowicz