Jakby dla zrównoważenia mocno kontrowersyjnego i radośnie wybiegającego w przyszłość pomysłu na przefastrygowanie libretta opery Halka, Preludium poprzedzające warszawską premierę skomponowano w sposób maksymalnie zachowawczy. Postarano się aby wszyscy poczuli smak i zapach XIX wiecznego salonu, więc na estradzie stanęły dwa zabytkowe fortepiany wypożyczone z Narodowego Instytutu Chopina.

Teoretycznie mógłby na nich grać zarówno sam Fryderyk, jak i Stanisław. Zapatrzenie w przeszłość zwiastował też poetycki tytuł koncertu: Moniuszko jak Chopin. Aby skok w tradycję był jak najbardziej prawdopodobny do jednego z fortepianów zaproszono Janusza Olejniczaka, niegdysiejszego Chopina z filmu Błękitna nuta Andrzeja Żuławskiego, zaś rolę Moniuszki odgrywał Tobias Koch, nowy nabytek i uczestnik imprez organizowanych przez NIFC. Choć fryzurę miał bujną, zupełnie nie w typie łysiejącego Ojca Opery Narodowej, grał bardzo muzykalnie utwory Moniuszki i wirtuozowskie parafrazy na melodie z jego oper i pieśni przygotowane przez Stefana Łodwigowskiego, Maurycego Dietricha, Józefa Krogulskiego. Koncepcję programową tej podróży sentymentalnej 200 lat wstecz ułożył, łącznie z przydzieleniem ról artystom, wicedyrektor NIFC – Stanisław Leszczyński.
Największą niespodziankę sprawiła sopranistka Ewa Leszczyńska, która swoją muzykalnością, stylową interpretacją pieśni Chopina i Moniuszki i ogromną swobodą estradową przyćmiła nawet występy dwóch renomowanych pianistów, którzy jej na zmianę akompaniowali.

Kim była? Może Pauliną Viardot – śpiewaczką i pianistką? Zaczęła piosnką Chopina Jakież kwiaty, jakie wianki bez żadnego towarzyszenia fortepianowego, a potem wykonała prześlicznie kilka pieśni jednego i drugiego autora. Aby rzucić na kolana nie tylko widownię, ale także Tobiasa Kocha (Moniuszkę) zrobiła słuchaczom uroczą niespodziankę i sama sobie zaakompaniowała na fortepianie do pieśni Chopina Precz z moich oczu, dając do zrozumienia, że poza wokalnymi ma również za sobą studia w klasie fortepianu u prof. Jerzego Sulikowskiego na gdańskiej Akademii Muzycznej. Głos Ewy Leszczyńskiej, gdy siedziała przy fortepianie drżał trochę mocniej, niż w pozostałych utworach, ale wrażenie niezwykłości artystycznej kreacji pozostało. Był to jeden z najbardziej udanych koncertów kameralnych ostatniego czasu, bo pianiści szanowali historyczne instrumenty, nie wystawiali ich delikatnego brzmienia na próbę, zaś występ śpiewaczki pozwalał jeszcze mocniej zagłębić się w XIX-wieczne klimaty. Chodziło również o to, by kontakt z XXI-wieczną Halką był prawdziwie piorunujący.
Joanna Tumiłowicz