Musical napisany przez Dale’a Wassermana, w oparciu o dzieło Cervantesa i z niezłą muzyką Mitcha Leigha był już nieraz wystawiany w polskich teatrach. Lepsze inscenizacje zdarzały się na scenach muzycznych, choćby w Teatrze Wielkim w Łodzi czy dawnej Operetce Warszawskiej. Przyjęło się zgrabne tłumaczenie tekstów piosenek Antoniego Marianowicza i Janusza Minkiewicza.

Oczywiście czołową postacią musicalu jest sam Człowiek z La Manchy czyli Don Kichot, zaraz za nim Sancho Pansa i dziewczyna, którą główny bohater nazywa Dulcyneą. Ta trójka musi dobrze śpiewać. W warszawskim przedstawieniu z Teatru Dramatycznego niestety ten warunek nie zostaje spełniony w pełni. Są mikroporty wzmacniające głosy solistów, jest nieźle zestrojona orkiestra przygotowana i dyrygowana profesjonalnie przez Adama Sztabę, byli nawet specjaliści odpowiedzialni za przygotowanie wokalne: Kuba Matuszczyk i Natalia Gaponenko, I wreszcie coach wokalny w osobie znanego tenora i kontratenora Jacka Laszczkowskiego.
Efekt niestety nie jest zadowalający, bo piosenki, a właściwie songi w tym przedstawieniu wymagają dobrej techniki wokalnej i wyrównanych głosów. Są tutaj do wyśpiewania długie frazy, są fermaty, które należy utrzymać na wysokiej pozycji i nie obniżać. Główny wykonawca wizualnie znakomity, chudy i wysoki Modest Ruciński jako Cervantes i zarazem Alonso Kichana czyli Don Kichot, ma też odpowiedni do tej roli materiał głosowy, niski baryton, może nawet bas. Nie ma jednak szans z profesjonalnie przygotowanymi śpiewakami, nie wspominając już o Bernardzie Ładyszu – a każdy może posłuchać sobie mistrzowskiego nagrania w tym wykonaniu. Drugi na liście – Krzysztof Szczepaniak jako Służący – Sancho Pansa wydaje się bez zarzutu, bo nie tylko śpiewa, ale tańczy i wykonuje wiele dodatkowych ruchów, ale to także nie jest wokalista, którego się słucha z przyjemnością.

Najlepiej się zapowiadała „kobieta do wszystkiego" Anna Gajewska jako Aldonza i domniemana Dulcynea, ale i ona w kategorii wokalnej nie pretenduje do przyzwoitego nagrania. W przedstawieniu pojawia się scena taneczna – tutaj choreografka Anna Iberszer prowadzi naszą wyobraźnię w kierunku arabskim, ale to nie stanowi jakiegoś przełomu estetycznego. Możemy z uznaniem przyjąć wielofunkcyjny mebel na kółkach będący stołem, straganem, łożem. Autorka scenografii i kostiumów Ewa Gdowiok wykazała się dużą pomysłowością ze swobodą łącząc skromne dekoracje z tradycyjnie już wykorzystywanymi w teatrach animacjami wideo, ale wszystko rozbija się o ten niedoskonały śpiew – choć w scenach zbiorowych aktorzy wykonują fragmenty wielogłosowe. Zwracamy uwagę na różne szczegóły, bardziej lub mniej udane – w scenie gwałtu z ofiary nawet zdzierane są majtki – ale paradoksalnie całość nie ma tempa, ciągnie się i miejscami nudzi. I wreszcie, sceny śpiewane – z wyjątkiem numeru Sancho Pansy – są statyczne, jak w XVIII-wiecznej operze. Wykonawcy stoją jak wryci, choć dziś nawet w klasycznych widowiskach muzycznych nie pozwala się na figury posągowe. Czyżby reżyserka Anna Wieczur-Bluszcz, znana z całkiem udanych występów wokalno-solowych, nie znalazła pomysłu na ożywienie epizodów z muzyką? W sumie najlepiej wypadła zagrana na wstępie przy opuszczonej kurtynie krótka Uwertura instrumentalna przywołująca najważniejsze motywy muzyczne musicalu.
Joanna Tumiłowicz