Francuski kompozytor Jules Massenet urodził się w 1842 roku w mieścinie Montaud, która dzisiaj została już całkowicie wchłonięta przez miasto Saint-Etienne, stanowiąc jedną z jego dzielnic. Nic zatem dziwnego, że tutejszy teatr operowy, pragnąc uhonorować swego najsłynniejszego obywatela, organizował wielokrotnie „Biennale Massenet”, podczas którego prezentowano kolejno jego dzieła operowe: Króla z Lahore, Herodiadę, Manon, Cyda, Werthera, Thaïs i inne, a także muzykę sakralną, symfoniczną, wokalną, kameralną, organową czy melodie.

Za każdym razem rzeczone wydarzenie artystyczne gromadziło liczne rzesze miłośników twórczości tego nauczyciela Claude’a Debussy’ego z Konserwatorium Paryskiego. Niestety ze względów finansowych dyrekcja placówki w Saint-Etienne musiała zrezygnować z owego ambitnego przedsięwzięcia, nie mogąc sobie pozwolić na przeznaczanie na nie wszystkich środków, jakimi dysponowała przez cały sezon.

Nie oznacza to jednak, że Massenet został tutaj zupełnie zapomniany, gdyż w miarę możliwości wciąż sięga się chętnie po jego różne pozycje operowe. Na przykład teraz postanowiono przypomnieć publiczności Don Kichota (Don Quichotte), komedię heroiczną w pięciu aktach z librettem Henri Caina, której prapremiera miała miejsce w roku 1910 w Monte Carlo. Nie dorównuje ona popularnością wspomnianej Manon czy Wertherowi również i dlatego, że jej wystawianie jest uwarunkowane znalezieniem artysty zdolnego do poradzenia sobie z niezwykle wymagającą rolą tytułową.
Warto jeszcze przypomnieć, że wbrew temu, co można by sądzić, librecista nie sięgnął po wątki ze słynnej powieści Cervantesa, lecz wykorzystał dość dziwaczną sztukę niejakiego Jacques’a Le Lorraina, syna szewca z Bergerac, który przyjechał do Paryża marząc o literackiej karierze. Ów Le Lorrain zapożyczył od Cervantesa jedynie imiona trójki bohaterów, a resztę historii stworzył w swojej wyobraźni, co między innymi zmusiło Henri Caina do dopisania do libretta legendarnej sceny z wiatrakami.

Pokazaną na przestrzeni ostatnich lat inscenizacją Don Kichota, która chyba najmocniej zapadła w pamięć miłośników opery, była realizacja francuskiego reżysera Laurenta Pelly’ego z 2012 roku w brukselskim Théâtre de la Monnaie, którą kreujący tytułową postać José Van Dam żegnał się z tą czołową w Belgii sceną.

Zgodnie z librettem pozbawił on wówczas Don Kichota cech groteskowych, czyniąc z niej raczej figurę Chrystusową. Prezentowane teraz przedstawienie w Saint-Etienne oddano w ręce innego francuskiego reżysera, Louisa Desiré, który w zamieszczonej w programie notatce deklaruje, że pragnie ukazać swego bohatera na skrzyżowaniu życiowych dróg, które wprawdzie donikąd nie prowadzą, ale którymi Don Kichot wbrew wszystkiemu konsekwentnie podąża. Każdego dnia broni przegranych spraw, wierząc w swoją i swoich bliźnich wolność, choć wokół otacza go kłamstwo, ironia i bieda. W swojej scenicznej wizji Desiré nie epatuje widzów spektakularnymi obrazami, barwnym ukazywaniem wypełniających plac publiczny adoratorów Dulcynei czy atrakcyjnej, choć beznadziejnej walki z wiatrakami.
Zamiast tego reżyser proponuje nam niezwykle skromne, wręcz minimalistyczne przedstawienie, z którego wszakże emanuje wszechogarniająca melancholia, smutek i głęboko ludzkie wzruszenie. Scenografia Diego Mendeza-Casariego ogranicza się do otaczających niemalże pustą scenę ciemnych ścian i dominującej pośrodku estrady, na której umieszczone jest wielkie łoże z baldachimem, stające się następnie łożem śmierci Don Kichota, a na koniec - jego pogrzebową karocą.

Na przeciwko znajduje się wielkie zdeformowane lustro, które odbija wyobrażenie bohatera o świecie, a nie rzeczywistość. W tej scenerii kolejne odsłony jawią się nam zatem nie jako realne wydarzenia, lecz oniryczne reminiscencje życia jakby wszystko przeżywającego na nowo protagonisty. Do kreowania wzmiankowanych klimatów reżyser zręcznie wykorzystuje projekcje wideo (Blai Tomas Bracquart), ukazujące na przykład tajemniczy i niepokojący las.

Z kolei pełne powabu kostiumy przywołują Hiszpanię Złotego Okresu, zaś wymalowani na biało figuranci naśladują na zmianę ruch drzew na wietrze lub obracające się ramiona wiatraka. Niepoślednią rolę odgrywa tutaj zjawiskowo prowadzona przez Patricka Méeüsa reżyseria świateł, różnicująca atmosfery i symbolicznie kreśląca poszczególne miejsca akcji. Podkreśla ona też znaczenie kolejnych epizodów: erotyczne sceny w obecności Dulcynei, spotkanie z bandytami Ténébruna, którzy poruszeni szlachetnością Don Kichota zwracają wybrance jego serca skradziony uprzednio naszyjnik, pożegnanie umierającego rycerza z wiernym giermkiem Sancho.
Dramaturgiczna skuteczność zostaje tu jednak osiągnięta przede wszystkim za sprawą świetnie prowadzonej gry aktorskiej, powściągliwej, a zarazem bardzo ekspresyjnej. Ogromne wrażenie wywiera pełna humanistycznego wydźwięku kreacja bosego i odzianego w koszulę nocną Vincenta Le Texier, ukazującego bohatera tragicznego, naiwnego, a zarazem współczującego całemu światu i pragnącego go zbawić.

W jego ujęciu Don Kichot wywołuje u widzów szczere i autentyczne wzruszenie. Jego giermkiem Sancho jest imponujący bezbłędną dykcją oraz również wzniecający subtelne emocje baryton Marc Barrard, zaś ujmującą wdziękiem i elegancją Dulcyneą, przyciągająca uwagę soczyście brzmiącym mezzosopranem Lucie Roche.

Obsadę z powodzeniem dopełniają Lulie Mossay (Pedro), Frédéric Cornille (Juan), Camille Tresmontant (Rodriguez) i Violette Polchi (Garcias), zaś miejscowy chór okazuje się być pełnoprawnym i sprawnym scenicznie bohaterem zbiorowym. Wreszcie sugestywne efekty kolorystyczne z partytury Masseneta, jej bogata instrumentacja i harmonia oraz mistrzowskie przeplatanie patosu z czułością znajdują swoje odzwierciedlenie w zaangażowanej grze Orkiestry Symfonicznej Saint-Etienne Loire, prowadzonej przez kanadyjskiego dyrygenta Jacques’a Lacombe’a.
Leszek Bernat