Don Carlos Verdiego należy do tych oper w dorobku włoskiego kompozytora, których geneza i zawiłości związane z procesem twórczym są wyjątkowo skomplikowane i burzliwe. Żadna z nich nie podlegała też tak gruntownym zmianom dokonywanym przez swego autora i to na przestrzeni aż dwudziestu lat.

Zarazem wraz z upływem czasu coraz więcej specjalistów badających twórczość mistrza z Busetto uważa rzeczone dzieło za jego najbardziej ambitne osiągnięcie artystyczne. Imponujące są już jego rozmiary, rozciągające się na trzy i pół godziny muzyki, z wykorzystaniem pięciu protagonistów o równym poziomie znaczenia. W dotychczasowej praktyce repertuarowej teatrów lirycznych wystawiano głównie włoską wersję dzieła, zatytułowaną Don Carlo, nie zawsze biorąc pod uwagę fakt, że przecież zostało ono pierwotnie pomyślane i napisane w języku francuskim (z przeznaczeniem dla Opery Paryskiej).
Jednym z argumentów tłumaczącym niechęć do sięgania po wersję oryginalną była obawa związana z trudnościami skompletowania obsady będącej w stanie poradzić sobie z językiem Molière’a. Na szczęście na przestrzeni ostatnich trzech sezonów francuska wersja zaczyna pojawiać się na afiszach niektórych instytucji operowych, począwszy od Paryża, poprzez Lyon, Antwerpię, a obecnie także w belgijskim mieście Liège.

Przypomnijmy, że cechuje ją nie tylko pięcioaktowa struktura (w przeciwieństwie do czteroaktowej włoskiej), ale także bardziej rozwinięta orkiestracja. Wystarczy chociażby wsłuchać się w uwerturę i pierwsze interwencje chóru, aby wyodrębnić wprowadzające nas w atmosferę całego dzieła ponure motywy. Warto zresztą zaznaczyć, że autorzy realizacji w Liège opierali się na pracach muzykologów Juliana Buddena i Ursuli Günther, którzy w temacie Verdiowskiej twórczości stanowią ważny punkt odniesienia.

Wreszcie nie sposób jeszcze nie wspomnieć o niezwykle istotnym aspekcie Don Carlosa. Otóż tam, gdzie Schiller - którego dramat zainspirował librecistów Josepha Méry i Camille’a du Locle’a – położył akcent na kontekście politycznym opowiadanej historii, Verdi zwrócił szczególną uwagę na łączące poszczególnych bohaterów relacje, czyli na miłosne perypetie Don Carlosa i Elżbiety oraz na skomplikowane osobowości księżniczki Eboli i Filipa II. Jak słusznie zauważa reżyser Stefano Mazzonis di Pralafera, mamy tutaj do czynienia z arcydziełem o charakterze par excellence europejskim, gdyż czerpie ono inspirację od poety niemieckiego, opowiada historię rozgrywającą się w Hiszpanii, a autorem muzyki jest Włoch.
Di Pralafera wyszedł też z założenia, iż rzeczona opera jest freskiem historycznym, w którym akcenty patriotyczne przeplatają się nie tylko ze wspomnianymi wątkami miłosnymi, ale także z ideami wolności, antyklerykalizmu, przyjaźni. Dlatego wraz ze swoimi współpracownikami (scenografem Garym McCannem i kostiumologiem Fernandem Ruizem) uznał, że umieszczenie akcji właśnie w kontekście historycznym ułatwi widzom jej właściwy odbiór.

Reżyser nie szuka zatem na siłę ukrytych sensów czy tropów interpretacyjnych, lecz koncentruje się głównie na wiernym ilustrowaniu eksponowanych w libretcie wydarzeń. Jego wizja porywa wizualnym rozmachem, następstwem atrakcyjnie zaplanowanych odsłon o dużej sile oddziaływania, wiernością w stosunku do realiów. Dzięki temu przenosimy się kolejno do wnętrz zamku Fontainbleau, do grobowca Karola V w klasztorze San Yuste czy do klasztornego ogrodu Escurial.

Duże wrażenie wywierają precyzyjnie i z niemałym nakładem środków budowane epizody, jak na przykład widok zamkniętych w zakratowanych powozach na kółkach i wyszydzanych przez ziejący nienawiścią tłum, więźniów, którzy decyzją Wielkiego Inkwizytora są wiezieni na miejsce kaźni, gdzie zostaną spaleni na stosie. Wszystko jest tu zaplanowane w najdrobniejszym szczególe, od historycznych strojów wszystkich, nawet tych drugoplanowych, postaci, aż do najróżniejszych rekwizytów. Taki zamysł inscenizacyjny ma jednak swoją cenę, którą w tym przypadku okazuje się być monumentalna i wyraźnie trudna do szybkiego montażu scenografia.
Jej poszczególne elementy są na oczach widzów z niemałym wysiłkiem przepychane przez teatralną ekipę techniczną, co za każdym razem zabiera trochę czasu i rozbija ciągłość scenicznej narracji. Cennym atutem przedstawienia jest złożona z nieprzeciętnych osobowości wokalnych obsada solistów. Tytułowego bohatera kreuje niemalże legendarny już tenor Grégory Kunde, który pomimo dość już zaawansowanego wieku (sześćdziesiąt pięć lat) wciąż imponuje niezawodną techniką wokalną i aktorskim temperamentem.

Z kolei ucieleśniający Filipa II Ildebrando d’Arcangelo hipnotyzuje swym mocno przyciemnionym i szlachetnym basem, który niezależnie od dużej mocy jest też w stanie przekazać liryczne akcenty. Na wokalne wyżyny wspina się śpiewający partię markiza Posy Lionel Lhote, przykuwający uwagę pięknym frazowaniem, dbałością o wszelkie niuanse i czystością artykulacji.

Poza tym trudno pozostać obojętnym na występ przekonująco ukazującego odrażającą i fanatyczną postać Wielkiego Inkwizytora Roberto Scandiuzziego, którego prowadzą dwaj młodzi mnisi (chłopcy z zespołem Downa). Energią i godnym podziwu swobodnym pokonywaniem niewygodnych skoków interwałowych uwagę przyciąga Kate Aldrich, jako księżniczka Eboli, zaś walcząca z przeziębieniem Yolanda Auyanet sugestywnie wciela się w postać Elżbiety i zostaje przez publiczność nagrodzona owacją za dzielne wytrwanie do końca przedstawienia. Nad wydobyciem z partytury Verdiego całego ładunku emocjonalnego, mrocznej atmosfery i siły ekspresji czuwa stojący na czele grającej z zaangażowaniem orkiestry i świetnie brzmiącego chóru Paolo Arrivabeni, wytrawny ekspert w zakresie tego typu repertuaru.
Leszek Bernat