Ponieważ tancerze, występujący w pierwszej wielkiej scenie zespołowej, swymi drobnymi krokami mogli stwarzać jego wrażenie. Później jednak ich układy przybierały coraz bardziej frenetyczny charakter, obejmując całe sylwetki i nawiązując między innymi do charlestone’a, albowiem w pobliżu miasta, od którego nazwę wziął ten taniec, leży mała wioska rybacka Catfish Row, gdzie rozgrywa się akcja opery.

Stąd największy wkład choreografki Camille A. Brown w zakresie ożywienia w znacznej mierze tradycyjnej, acz solidnie wyreżyserowanej inscenizacji Jamesa Robinsona Porgy i Bess, murzyńskiej opery George’a Gershwina na scenie nowojorskiej Metropolitan Opera (transmisja obejrzana 1 lutego w krakowskim kinie Kijów, należącym do sieci Apollo Film). Dopiero po raz drugi dzieło to pojawia się w tym teatrze, dwadzieścia dziewięć lat temu przygotowane przez Jamesa Levine’a, z Simonem Estesem i Grace Bumbry. Dla zaznaczenia tym większej różnicy pomiędzy światem czarnych a białych, postacie tych ostatnich, a więc śledczego i policjantów, są rolami mówionymi.
Sam Gershwin zastrzegł, by występowali wyłącznie czarni śpiewacy, choć pierwotnie planowano powierzenie roli Porgyego Alowi Jolsonowi, bohaterowi pierwszego filmu dźwiękowego Śpiewak jazzbandu. Sądzę jednak, że interesującym mogłoby być odstąpienie od rygorystycznego przestrzegania tego wymogu, który z oczywistych względów, zwłaszcza przeszłości, nie mógł być dotrzymany w Europie, między innymi w przypadku pierwszego tam wystawienia tego dzieła w Operze Kopenhaskiej w czasie niemieckiej okupacji.

Można było to uznać za przejaw politycznej manifestacji, mając na względzie żydowskie pochodzenie kompozytora oraz murzyńskie środowisko akcji. Podobnie było w przypadku polskiej premiery 15 kwietnia 1973 roku w Operze Wrocławskiej (wcześniej utwór zaprezentowała w naszym kraju murzyńska trupa Dveryman Opera).

Skądinąd w tak konwencjonalnym rodzaju, jak opera, nie dziwi nikogo z kolei obsadzanie dziś czarnymi wokalistami niekiedy historycznych postaci (np. Juliusza Cezara, Elżbiety I czy Marii Stuart) lub góralki Halki przez Yolandę Hernandez w Hawanie. Szczególnie że tym w razem w gronie odtwórców zabrakło indywidualności na miarę wcześniej przywołanych czy Leontyny Price, a więc być może należało dobrać obsadę ponad kluczem rasowym? Eric Owens i Angela Blue wypadli dość blado, choć Peter Gelb, dyrektor Metropolitan Opera, wyszedłszy przed rozpoczęciem spektaklu przed kurtynę, usprawiedliwił niedyspozycję tego pierwszego przeziębieniem.
W charakterystycznych rolach epizodycznych handlarzy: truskawkami i krabami, z powodzeniem wystąpili natomiast Aundi Marie Moore i Chauncey Packer. Kierujący zza pulpitu dyrygenckiego David Robertson nie radził sobie z nadaniem przedstawieniu zdecydowanego nerwu dramatycznego, tak że rozpadł się on na suitę solowych numerów (songów), ansambli i ustępów konwersacyjnych.
Mimo że kompozytor starał się scalić przebieg muzyczny za pomocą motywów przewodnich, ogniskujących się i określających tytułowych protagonistów (song Porgyego Mam pełne garście niczego - I Got Plenty o 'Nuttin), ale też drugoplanową parę, Clarę (otwierająca operę kołysanka Summertime, mająca własny żywot w różnych aranżacjach) i Jake’a (pieśń rybacka It take a long pull to get there), która znalazła godnych odtwórców w osobach Goldy Schultz i Donovana Singletery.

Duże wrażenie wywarł natomiast lament Sereny My Man's Gone Now po zamordowaniu męża przez Crowna, kochanka Bess, w ekspresyjnej interpretacji Latonii Moore, dysponującej sopranem o ciemnym zabarwieniu. Znaczną dynamiką odznaczały się kuplety Sportin’ Life’a It Ain't Necessarily So w ujęciu Fredericka Ballentine’a. W sumie udane przedstawienie, choć nie porywające.
Lesław Czapliński