Przegląd nowości

„Parsifal” w Opéra du Rhin w Strasburgu

Opublikowano: czwartek, 06, luty 2020 12:26

Dwa lata temu, kiedy japoński reżyser Amon Miyamoto zaprezentował w Opéra du Rhin w Strasburgu Złoty pawilon Toshiro Mayuzumiego, jego realizacja spotkała się z niezwykle pozytywnym przyjęciem ze strony prasy muzycznej i publiczności. Ówczesna dyrektorka teatru Eva Kleinitz postanowiła zatem powierzyć temu samemu inscenizatorowi przygotowanie nowej produkcji Parsifala Wagnera, którą właśnie teraz można oglądać na tej scenie.

 

Parsifal Strasbourg 1

 

Niestety wspomniana dyrektorka, bardzo tu nad Renem ceniona i lubiana, nie doczekała premiery, gdyż przegrała walkę z wyniszczającą ją już od pewnego czasu chorobą. Ale to jeszcze ona zaakceptowała rzeczony projekt artystyczny, mając nadzieję, że talent i specyficzny ogląd świata japońskiego reżysera zaowocuje w spotkaniu z ostatnim dziełem operowym Wagnera fascynującym rezultatem.

 

Parsifal Strasbourg 2

 

Wydaje się wszakże, że niezależnie od eksponowanych w zamieszczonym w książeczce programowej tekście założeń i intencji, Parsifal okazał się dla Miyamoto dziełem zbyt hermetycznym i to zarówno pod względem kulturowym, jak i ukrytych w nim wątków, sensów czy znaczeń. We wspomnianym tekście Miyamoto zapowiada, że umieści swoją sceniczną narrację w muzeum, które jego zdaniem stanowi skondensowane odzwierciedlenie historii ludzkości. I rzeczywiście już w pierwszej odsłonie obserwujemy zatrudnioną w muzeum (prawdopodobnie chodzi o nowojorskie MoMa) wdowę Herzeleidę, która się masturbuje przed zdjęciem swego zmarłego męża Amfortasa. Kiedy wyczerpana samotnym zaspokajaniem swych cielesnych potrzeb kładzie się naga na kanapie, wyrzuca ją z niej młody chłopiec, który okazuje się być Parsifalem z przeszłości.


Powiedzmy od razu, że pomijając brak jakiegokolwiek uzasadnienia dramaturgicznego dla tej sceny, odwraca ona niepotrzebnie uwagę od rozlegającego się już wówczas preludium. Możemy się jedynie domyślać, że chodzi tutaj o niezbyt udaną próbę ukazania zarysowującego się niegdyś konfliktu pomiędzy matką i jej dorastającym synem.

 

Parsifal Strasbourg 3

 

Przechadzają się oni wspólnie po ukazujących się nam na zmianę - za sprawą wprawianej w szybki ruch sceny obrotowej - pomieszczeniach muzealnych wypełnionych obrazami, w większości przywołującymi sceny z życia Chrystusa. Otwierając kolejne drzwi odkrywają poszczególne kolekcje malarskie, a nawet galerię z eksponatami ilustrującymi ewolucję gatunku ludzkiego, od małpy, poprzez istoty człekopodobne, aż do homo sapiens.

 

Parsifal Strasbourg 4

 

Ta wędrówka, podczas której para wspomnianych bohaterów mija grupki innych zwiedzających, ma służyć przywoływaniu różnych symboli i zachęceniu widza do odkrywania ich głębszych znaczeń. Bardzo szybko okazuje się, że będący młodym Parsifalem chłopiec, będzie towarzyszył tytułowej postaci przez cały czas trwania przedstawienia, ucieleśniając jego niewinność i zarazem naiwność. Ceremonia celebracji świętego Graala rozgrywa się w muzealnym magazynie, a uczestniczący w niej żołnierze noszą reprezentujące różne epoki mundury. To również w tym magazynie przeprowadza się badania nad poszczególnymi dziełami sztuki, studiując tym samym niejako całą historię ludzkości. Co zaskakujące, dostrzegamy tu nawet ukazane w odpychający sposób zwłoki Titurela.


O ile bowiem epizody, podczas których eksponowane są wspomniane dzieła malarskie cieszą oko swą atrakcyjną plastycznością i kolorystyką (scenografia Boris Kudlicka), o tyle pokazywane nam następnie w witrynach strzępy ciał, wśród których pielęgniarze przepychają nosze z rannym Amfortasem, wprowadzają wręcz turpistyczny akcent. Miyamoto odwołuje się dość dyskretnie do symboliki chrześcijańskiej, jak choćby w scenie z trzeciego aktu, podczas której Kundry obmywa stopy Parsifala.

 

Parsifal Strasbourg 5

 

Albo wówczas, kiedy członkowie wspólnoty wypijają kolejno ze świętego kielicha zebraną z rany Amfortasa krew. W drugim akcie poruszająca wymowa tych alegorycznych epizodów ustępuje nagle miejsca trywialnemu i brzydkiemu widokowi jakiejś obskurnej sali monitoringu.

 

Parsifal Strasbourg 6

 

Szybko okazuje się, że tak właśnie japoński reżyser zapragnął zilustrować królestwo Klingsora, w którym noszący długie i czarne płaszcze oraz ciemne okulary zbiry nikczemnego czarownika wpatrują się w umożliwiające im obserwowanie całego otoczenia ekrany, albo wdają się między sobą w brutalne bójki. Z kolei zaczarowany ogród, w którym Dziewczęta-Kwiaty spierają się o względy Parsifala, jest tutaj przywołany za sprawą upstrzonych czerwonymi plamami białych ścian i umieszczonej pośrodku przestrzeni scenicznej orchidei, wymownie ukazanej w formie żeńskich narządów płciowych. Niektóre pomysły ocierają się o niezamierzoną przecież śmieszność, jak na przykład widok wzlatującej w przestworza Kundry, rozrzucającej pióra łabędzia. Do tego trzeba jeszcze wspomnieć o pojawiających się w różnych momentach projekcjach wideo, ukazujących perspektywy bliżej niesprecyzowanych planet lub jakiś postapokaliptyczny pejzaż.


Miyamoto deklarował chęć przerzucenia pomostów pomiędzy czasami minionymi i współczesnością, ale jego realizacja gubi się w nadmiarze nie do końca konsekwentnie przeprowadzonych wątków i koncepcji, które ostatecznie nie składają się na spójny obraz sceniczny. Dużo więcej satysfakcji dostarcza obsada wokalna tej nowej realizacji, z Thomasem Blondellem w tytułowej roli na czele, który do końca przekonuje zarówno pod względem wokalnym, jak i scenicznym.

 

Parsifal Strasbourg 7

 

Belgijski tenor bezbłędnie wykorzystuje świetlistą i lekką górę skali oraz atrakcyjnie brzmiące niskie dźwięki w celu oddania szerokiej gamy emocji bohatera i ukazania wyraźnej ewolucji jego osobowości. Gorące owacje publiczności przypadają również w udziale Ante Jerkunicy, imponującemu gęsto nasyconym basem i wzorową dykcją w partii Gurnemanza, oraz Konstantinowi Gorny’emu, wcielającemu się w postać Titurela.

 

Parsifal Strasbourg 8

 

Nie zawodzi też angielski bas-baryton Simon Bailey, sugestywnie kreujący negatywny wizerunek bezlitosnego Klingsora. Nie do końca natomiast przekonuje bardzo scenicznie zaangażowany Markus Marquardt, grzeszący nieraz niezbyt precyzyjną intonacją i nie zawsze zdolnym do konkurowania z brzmieniem orkiestry wolumenem. Z kolei Christianne Stotijn jako Kundry często rozczarowuje problematycznym atakowaniem od dołu wyższych dźwięków, co nieprzyjemnie wpływa na ich odbarwianie, choć w niektórych momentach potrafi swą ekspresją wzniecić u widzów autentyczne emocje. Podkreślić jeszcze należy, że stojący na czele Orkiestry i doskonale przygotowanego Chóru Opéra du Rhin Marko Letonja zjawiskowo wydobywa z partytury Wagnera bogactwo orkiestrowych barw, harmoniczną i rytmiczną gęstość oraz stopniowo narastającą atmosferę mistycyzmu.

                                                                             Leszek Bernat