Wspaniała siwa peruka (dzieło Sandry Nowak) wskazująca na Alberta Einsteina, jest być może najważniejszym elementem charakteryzacji w komedii Fizycy Friedricha Dürrenmata. Bo czy ktoś zna z nazwiska bardziej sławnego fizyka? Co ciekawe, obok fałszywego Einsteina jest w sztuce jeszcze jeden pacjent sanatorium dla nerwowo chorych, który udaje innego znanego naukowca tej specjalności, ale w zaufaniu wyznaje, że to jednak on jest prawdziwym Einsteinem, a ten z siwą, obfitą peruką tylko udaje.

Drugim rewelacyjnie ucharakteryzowanym bohaterem sztuki jest półdziki Murillo, ognisty Indianin mówiący po hiszpańsku. Aktorsko wykorzystał szansę zawartą w roli Mariusz Urbaniec. A miał on jeszcze jedną (rolę i szansę) odmalowując skrajnie różnego bohatera – protestanckiego misjonarza Rose. Tutaj mówił jakimś sztucznie wyciszonym i zmodulowanym głosem, a ponadto pięknie śpiewał (z nagłośnieniem) Psalmy Dawidowe.
Spektakl dyplomowy studentów IV roku Akademii Teatralnej w Warszawie jak zwykle musi spełniać jeden podstawowy warunek, musi dawać okazję do aktorskiego popisu co najmniej tuzinowi adeptów sztuki scenicznej. W Fizykach Dürrenmata ról jest prawie 20, lecz są rozmaite pod względem skali trudności. W rezultacie niektórzy studenci IV roku, aby wykonać „normę”, muszą, jak Mariusz Urbaniec obsadzić co najmniej dwie drugoplanowe, epizodyczne, aby dać wyraz swoim kompetencjom scenicznym.

Dobrze i wyraźnie mówić, nieźle wyglądać, sprawnie się ruszać i w ogóle być OK. W przedstawieniu Fizyków część obsady ról pierwszoplanowych jest zdwojona, jednak zwykły widz ogląda tylko jedną obsadę i nie wie, czy ta druga była lepsza. W tej którą mi przypadło oglądać najlepszą aktorką okazała się Malwina Laska w roli pielęgniarki Moniki (obsadziła jeszcze mniejszą rólkę Wilfryda).

Nie dosyć, że wypowiadał szybko kilometry tekstu bez zająknienia i zrozumiale w każdym słowie, to jeszcze była stuprocentowo autentyczna jako prawdziwie zakochana pielęgniarka w pacjencie, gotowa do największych poświęceń. Bardzo dobrze i autentycznie (choć wszystkie role w Fizykach są nieco groteskowe) zaprezentowała się Monika Cieciora jako żona misjonarza. Natomiast 1/4 słów wypowiadanych równie szybko przez Doktor Matyldę von Zachno była trudna do zrozumienia. Przedstawienie w Teatrze Collegium Nobilium ma dosyć bogatą scenografię Martyny Kander, która wykorzystuje nie takie znów skromne możliwości sceny – nawet teatralna zapadnia jest wprowadzona w ruch.
Ta sama artystka z fantazją ubrała aktorów. Natomiast reżyser Marcin Hycnar postarał się by wszyscy w odpowiednim momencie wiedzieli co i jak mają robić, oraz co i jak mówić. Przedstawienie jest trudne w realizacji, niejednoznaczne w wymowie, miejscami bardziej wygląda na etiudę dla aktorów niż spektakl z jakimś wyrazistym przesłaniem. Nie udało się nakierować poszczególnych dialogów na wyraźną aluzję do naszego polskiego „tu i teraz", co niektórzy uważają za obowiązkowe posłannictwo sztuki teatralnej.

Osobiście uważam, że dobrze się stało, że ty razem nikt nie naśladował prezesa. Było natomiast trochę dobrej muzyki (co zresztą jest zgodne z treścią komediodramatu). Otóż Albert Einstein (ten z peruką) gra (wiadomo, że na skrzypcach) Sonatę Kreutzerowską Beethovena (właśnie obchodzimy 250 rocznicę urodzin mistrza z Bonn), a potem Piękny Rozmaryn Fritza Kreislera, a ten drugi fizyk, który też się podaje za Einsteina twierdzi, że on Beethovena zagrałby lepiej, bo jest prawdziwym Einsteinem.

Trudno mi uwierzyć, bo jednak do przedstawienia studenckiego wybrano bardzo dobre – profesjonalne – nagranie tego dzieła. W katastroficznej końcówce sztuki słuchamy jeszcze jednego utworu, tym razem orkiestrowego – i znów jest to Jazda Walkirii z opery Walkiria Ryszarda Wagnera. Czy nie za dużo tej Walkirii? – pytamy konsultanta muzycznego Mateusza Dębskiego, który nie dalej jak tydzień temu wykorzystywał to samo nagranie w innym teatrze.
Joanna Tumiłowicz