Zobaczyć balet Giselle z muzyką Adolpha Adama na deskach Teatru Bolszoj, to wielkie szczęście. Możliwości takiej dostarcza polskim widzom sieć Multikina. Mogliśmy zobaczyć klasyczną choreografię Mariusa Petipy w odświeżonej wersji Aleksieja Ratmańskiego.

Pewnym novum było tutaj wprowadzenie do tradycyjnych ruchów solistów elementów pantomimy, prostego kodu pomagającego wypowiedzieć podstawowe komunikaty typu: „kocham cię”, „przyrzekam miłość”, „trudno uwierzyć”, „to się skończy śmiercią”, „zatańczę przed tobą” itd. za pomocą gestów pantomimicznych. Wszystko to wyjawiła w początkowej zapowiedzi tradycyjnie prowadząca transmisję z Moskwy sympatyczna Katerina Nowikowa. Kiedy jednak rozpoczął się prawdziwy balet, z muzyką na żywo dyrygowaną przez Pawła Kliniczewa, zatopiliśmy się w podziwie dla niewiarygodnego mistrzostwa czołowych artystów sceny.
Leciutka, eteryczna Olga Smirnowa w tytułowej roli od razu przykuła uwagę. Jej kroki i skoki na puentach zapierały dech w piersiach z powodu precyzji, pewności i harmonii. Gesty pantomimiczne tylko pozwalały jeszcze mocniej poczuć skomplikowaną sytuację głównej bohaterki baletu. Jej niewinna, dziewczęca miłość do Albrechta, który dla zdobycia zaufania dziewczyny przedstawia się jako mieszkaniec tej samej wioski, zostaje wystawiona na ciężką próbę.

Zakochany w dziewczynie nieco demoniczny gajowy Hans (Denis Sawin) nie popisuje się wspaniałymi solami tanecznymi, raczej bezwzględnie knuje spisek przeciwko konkurentowi (Artemijowi Bieliakowi), którego publiczność podziwia dla perfekcyjnych wirtuozowskich solówek w roli Hrabiego Albrechta. On nie postępuje uczciwie, jednak budzi sympatię, bowiem zadziwia swoją sztuką tańca, skokami, obrotami, piruetami wykonywanymi z bezwzględną doskonałością wynikającą tyleż z talentu, co długich godzin ćwiczeń i prób.

Ujawniający gorzką prawdę gajowy jest więc w rezultacie czarnym charakterem, podłym zazdrośnikiem, de facto doprowadzającym do tragedii, przed którą ostrzegała matka Giselle, leciwa tancerka Liudmiła Siemieniaka. Ta sama, która w latach 70. zadziwiała publiczność swoją kreacją jako Giselle. Realny świat alpejskiej wioski zamienia się w II akcie w krainę widziadeł. Tutaj prym wiodą eteryczne i ubrane na biało wiły, czyli ni to demony, straszydła, ni uśpione duchy zmarłych, ale za życia zdradzanych dziewcząt. Wśród gromady idealnie dobranych wzrostem tancerek corps de ballet prym wiedzie ich królowa Mirta w wykonaniu dosyć pomnikowej Angieliny Własziniec.
Jej ewolucje, choć piękne i wysmakowane, ustępują jednak artyzmowi wyłaniającej się z grobu Giselle. A niewiernemu Albrechtowi, który nawet w zaświatach chciał odzyskać ukochaną nie pozostaje nic innego jak z rozpaczy rzucić się na mogiłę ukochanej dziewczyny. W tym balecie niewiele jest duetów tanecznych i pięknych pas de deux.

Tutaj królują popisy solowe. Prowadząca transmisję z Moskwy Katerina Nowikowa wylicza długą litanię rosyjskich (i nie tylko) prima balerin, które zasłynęły w tej klasycznej, wręcz legendarnej roli. Teraz mamy okazję podziwiać ich niezwykle utalentowaną, niebywale szczupłą, następczynię. Transmisję poprzedziło krótkie calendarium kolejnych niedzielnych transmisji baletowych z Teatru Bolszoj. 23 lutego artyści pokażą Jezioro łabędzie, 23 marca będzie Romeo i Julia zaś 19 kwietnia składanka baletowa Jewels. Warto zapamiętać te daty.
Joanna Tumiłowicz