Opera Śląska w Bytomiu przy okazji karnawału wróciła do Zemsty nietoperza Johanna Straussa z 1992 roku. Wznowienie – jak i pierwotną inscenizację – przygotował niezmordowany Henryk Konwiński. Spektakl jest w swojej formie tradycyjny, a reżyser niczego na siłę nie unowocześnia, jest wierny Straussowi i Tuwimowi, na czym wszyscy dobrze wychodzą. Mimo, że Zemsta nietoperza ma już ponad 130 lat, to nic nie straciła ze swojej atrakcyjności i uroku. Wystawiają ją dzisiaj zgodnie nie tylko teatry operetkowe, ale również – a może przede wszystkim – teatry operowe starające się pokazać rozbudowane inscenizacje mogące przypaść do gustu każdemu widzowi. Urok melodii, galeria oryginalnych bohaterów, wdzięk arii i możliwość wplecenia do akcji wielu innych przebojów muzyki Johanna Straussa dają reżyserowi wręcz nieograniczone możliwości inscenizacyjne, czego zresztą Konwiński nie wykorzystał.

Na polskich scenach od 1932 roku Zemsta wystawiana jest w szalenie dowcipnym przekładzie libretta dokonanym przez Juliana Tuwima, co stało się tradycją do dzisiaj pilnie przestrzeganą. Wybierając się na tę urokliwą operetkę należy pamiętać, że jest to rzecz o intrygach pokojówki udającej damę, fikcyjnych węgierskich hrabinach, nieprawdziwych francuskich markizach i dyrektorze wiedeńskiego więzienia, który incognito pojawia się na balu znudzonego oryginała księcia Orłowskiego, gdzie szaleje, jako markiz Renard, Gabriel Eisenstein skazany wyrokiem sądu na 8 dni więzienia. Motorem napędowym jest mściwy dr Falke, sprawca i animator całej zabawnej intrygi. Wszystko to jest tylko pretekstem do efektownych arii, pięknej muzyki ujmującej lekkością i śpiewnością kantyleny oraz muzycznym humorem, który perli się niczym najprzedniejszy francuski szampan. Tak też było w Bytomiu! Szampan i wino lały się strumieniem, zabawna intryga została wyraziście i z humorem przeprowadzona, a całe przedstawienie (mimo, że unosi się nad nim chwilami kurz lat) bawi od pierwszej do ostatniej sceny. Bawią się też perypetiami swoich bohaterów wykonawcy. Z dobrze zestawionej obsady największą frajdę sprawili mi: Anna Borucka w roli ekscentrycznego księcia Orłowskiego, Stanisław Kuflyuk jako dr Falke i Maria Rozenek-Banaszak w roli pokojówki Adeli. Cała trojka ujmowała pięknymi, dobrze prowadzonymi głosami i niezłym aktorstwem pozwalającym im wykreowanie swoich bohaterów z lekkim dystansem i błyskiem w oku. Przedstawienie rzetelnie i w dobrych tempach, prowadził od dyrygenckiego pulpitu Franck Chastrusse Colombier. Pięknej muzyce Straussa przydałoby się jednak nieco więcej tanecznej lekkości i finezji oraz blasku wiedeńskich salonów.
Adam Czopek