Spektakl Policji Sławomira Mrożka, jak to zwykle bywa z wybitnymi dziełami okazał się dziwnie aktualny, nawet bez reżyserskich dopowiedzeń. Andrzej Saramonowicz poszedł jednak na scenie Teatru Polonia dwa kroki dalej i stworzył jakby dalszy ciąg Policji, który dzieje się już w siedzibie umiłowanego wodza, o którym Mrożek tylko mimochodem wspomina.

Tutaj mamy już karykaturę rzeczywistości z wieloma kropkami nad „i”. Widzimy, jak świat dyktatora się wali, co jest przyjmowane z wielkim entuzjazmem przez publiczność, ale to przecież zbyt piękne by było prawdziwe. Znawcy seriali kinowych widzą tutaj odniesienia do Gry o tron, czyli politycznej fikcji. Z kolei entuzjaści Ucha prezesa dostrzegają w II Części Policji, którą reżyser nazwał Noc zatracenia, dosyć toporną parafrazę znanej satyry. W sumie, niezależnie od świetnej gry aktorskiej kwartetu z Teatru Montownia oraz Katarzyny Kwiatkowskiej, powstał spektakl pełen chciejstwa, ku pokrzepieniu serc miotanych bezsilnością i liczących na jakieś „demokratyczne” rozwiązanie.
Jest sporo odniesień do polskiej literatury zaborowej, do Wyspiańskiego, Mickiewicza, Sienkiewicza, ale to wszystko złuda. Pytanie: Czy Polska zawsze musi skręcać w stronę absurdu?, wciąż jest aktualne i w obu częściach wieczoru teatralnego (Mrożek-Saramonowicz) jest wyraźnie zaznaczone, ale nagromadzenie szczegółów świadczących o praktycznym wykorzystaniu sytuacji absurdalnych może się wydać nieco sztucznym zabiegiem. Scena Teatru Polonia zwykle skłania do budowania dosyć umownych i symbolicznych dekoracji.

Tak jest też obecnie. Zuzanna Markiewicz, autorka scenografii i kostiumów wstawiła biurko, samotne drzwi, samotne okno i oczywiście portret rodziny królewskiej, który łączy oba człony przedstawienia. W jednej z końcowych scen portret ten spada ze sztalugi, co jest wymownym znakiem, niestety nie jedynym.

Bardzo trafnym wyborem muzyki popisał się Dominik Strycharski. Są więc cytaty z klasyki, np. słynna Jazda Walkirii Wagnera, którą wykorzystywali zarówno hitlerowcy, jak i Francis Ford Coppola w filmie Czas Apokalipsy, a zamyka spektakl Chopin grany na jakimś zacinającym się fortepianie (a może to pianista dostaje zawału). Może lepiej by było, gdyby na przekór ciążeniu twórcy spektaklu wymyślili happy end. Czy są jeszcze wśród nas tacy wizjonerzy?
Joanna Tumiłowicz