Już nie tylko Multikino zapewnia okresowe transmisje oper i baletów, ale także sieć Cinema City zaproponowała wtorkowe seanse z ciekawymi spektaklami nagranymi na festiwalach operowych. To co latem ub. roku oglądało 7 tys. widzów na Festiwalu w Bregencji nad Jeziorem Bodeńskim teraz trafiło do kin w Polsce. Pomysłodawcy tego festiwalu postanowili wykorzystać naturalne warunki łagodnego lata i zbudowaną nad wodą ruchomą scenę z ogromnymi dekoracjami widocznymi z daleka.

Pamiętamy z TVP Kultura np. spektakl Carmen Bizeta, gdzie głównym motywem wizualnym były karty w rozmiarach większych niż człowiek, które układały się na dekoracjach czy to symbolizujących sceny w mieście czy w pejzażu górskim. Ale tym razem w sieci Cinema City pokazano spektakl Rigoletta Verdiego, gdzie głównym elementem scenografii była ogromna głowa błazna czy też clowna, z jego kolistym kołnierzem pełniący rolę sceny i dwiema monstrualnymi dłońmi wysokości 9 metrów, które miały zamontowane podnośniki pozwalające swobodnie poruszać wielkimi palcami, które również spełniały rolę sceniczną, np. jako belki do założenia huśtawki dla Gildy.
Wydaje się, że widzowie przede wszystkim zwrócili uwagę na swoisty wyczyn inżynierski ruchomej dekoracji. 14-metrowa głowa podnosiła się i opadała, zaś w otwieranych ustach, jak na jakimś balkonie pojawiali się soliści. Z kolei oczy głowy były w stanie mrugać, patrzeć lub okazywać miłość. W otwierających się ustach wielkiej głowy z każdym aktem ubywało zębów i to był widomy znak, że całość zmierza ku dosyć smutnej i tragicznej konkluzji.
Z czasem z głowy wypadły gałki oczne, a następnie odrąbano jej nos i mieliśmy już tylko monstrualną trupią i przerażającą czaszkę. Tego wszystkiego było jednak mało, bo w scenie porwania Gilda, wznosiła ona się około 90 metrów nad sceną balonem na gorące powietrze; zaś Książę, huśtał się w hamaku nad czołem wielkiej głowy.

Sama scena – ważąca nie mniej niż 140 ton zakotwiczona na około 120 pomostach – pojawiała się coraz bardziej rozebrana i rozłączona, co odzwierciedlało rozpad konwencji i zdrowego rozsądku biednego Rigoletta. Pod kierownictwem scenografa i reżysera Philippa Stötzla i Heike Vollmer'a w budowie i opracowaniu brało udział 43 firmy. To był wielki cyrk, opera jest tu tylko wypełniaczem dźwięku, choć trzeba przyznać, bardzo dobrze zaaranżowanym. Nagłośnienie festiwalu zostało bowiem ulepszone kosztem 2,5 mln euro, zaś fakt, że śpiewacy występują na takim dystansie nie utrudnia im nadążania za muzyką. Kostiumy Kathi Maurer zostały tak zaprojektowane, że każda z ważnych postaci, (mniej ważnych było o wiele więcej) miała na plecach wypisane swoje imię.
Pod batutą Enrique Mazzoli wiedeńska orkiestra symfoniczna z pobliskiej sali koncertowej dała świetny koncert. Drugi, nieco mniej ważny wymiar spektaklu stworzyli soliści – śpiewacy. Dobry bułgarski baryton Vladimir Stoyanov stworzył przejmującą rolę Rigoletta. Amerykański tenor Stephen Costello, ponoć wcielił się w reżysera cyrkowego, ale właściwie był księciem Mantui.

Najwyraźniej córkę Rigoletta Gildę potraktował tak samo obojętnie jak inne kobiety . W podbojach pomagały mu cztery małpy, a ich wybryki zwiększały trochę chaos na scenie, jeśli wciąż zmieniające położenie pomosty za taką trzeba by uznać.

Córka Rigoletta, Gilda, została przekonująco sportretowana przez francuską sopranistkę Mélissę Petit: opanowała ona także dosyć trudne akrobacje, których domagała się od niej niekonwencjonalna inscenizacja. Jej głos okazał się elastyczny i pociągający, choć nie tak precyzyjny jak naszej Zdzisławy Donat swego czasu. Jako bandyta Sparafucile, wystąpił trochę misiowaty węgierski bas-baryton Miklós Sebestyén, ale miał na sobie zbyt ciasny czarny trykot i rajstopy z emblematami ludzkiego szkieletu, a więc także strój był cyrkowy. Rigoletto z festiwalu w Bregenz, był więc przede wszystkim osiągnięciem inscenizacyjnym, ale Verdi też się jakoś uchował. Muzyka ze sceny dochodziła chyba dobrze oczyszczona z różnych stuków, stękań i plusków, co świadczyło o świetnej pracy inżynierów dźwięku.
Joanna Tumiłowicz