W niedzielę 12 stycznia wybrałem się do Opery Krakowskiej na Kandyda Leonarda Bernsteina, by przekonać się na własne oczy i uszy jak sobie radzi w tytułowej roli Jarosław Bielecki, o którym wiele dobrego słyszałem od innych. Na dodatek w partii Kunegundy wystąpiła Gabriela Gołaszewska, która nie pojawiła się wcześniej w spektaklach premierowych. Zrazu mogło się wydawać, że orkiestra i chór pod dyrekcją Sławomira Chrzanowskiego jeszcze nie otrząsnęły się z długiego okresu (po)świątecznego, a co za tym idzie brakowało w ich grze i śpiewie należytej składności wejść oraz intonacyjnej precyzji. Z czasem te niedostatki stopniowo zeszły na dalszy plan, a zespoły zaczęły odzyskiwać bardziej wyrównane brzmienie i rytmiczną dokładność. Rzeczywiście Jarosław Bielecki świetnie czuje potrzeby tego rodzaju artystycznego, zwłaszcza w zakresie wokalnej artykulacji.

Śpiewa jasnym głosem, nie obawiając się przy tym przydawania mu nieco matowego odcienia, charakterystycznego dla musicalowej stylistyki. Dzięki młodzieńczej aparycji i spontaniczności również postaciowo lepiej odpowiada figurze naiwnego wolterowskiego prostaczka. Z kolei Kunegunda w zamierzeniu kompozytora stanowi do pewnego stopnia parodystyczne ujęcie operowej heroiny, która wbrew sobie zabłądziła do świata musicalu (koloraturowe rondo Glitter and Be Gay w sekwencji paryskiej pierwszego aktu). Gabriela Gołaszewska najlepiej odnajduje się w intonowanych staccato najwyższych tonach, pewnych i otwartych. Technicznego dopracowania wymagają natomiast wspomniane kaskady koloraturowych pasaży, raz zlewające się w glissanda, kiedy indziej jednak przybierające właściwą postać artykulacyjną z perliście wyodrębniającymi się dźwiękami składowymi. Ze swej strony umiejętnymi modulacjami wokalnymi posługiwał się Adam Szerszeń w głównym songu Panglossa Dear boy. Tym razem zawiódł mnie Sławomir Mokrzycki jako Voltaire, któremu przypada rola narratora, występującego w miejsce mówionych dialogów. Wydawał się jakby zgaszony, przy czym i dykcja pozostawiała nieco do życzenia. W sumie jednak utwierdziłem się w przekonaniu, że był to trafny wybór repertuarowy.
Lesław Czapliński