Dwie sąsiadujące ze sobą premiery teatralne sięgają do jakże ważnego problemu zawartego w pytaniu: Czy warto żyć?, oraz: Dlaczego wart żyć? Biesy, adaptacja prozy Dostojewskiego dokonana przez Janusza Opryńskiego w Teatrze na Woli, wkracza w środek zawirowań ideowych nihilistów i terrorystów – socjalistów, którzy są przeciwko wszelkiej władzy i życiowemu porządkowi.

Monodram Duncana Macmillana Wszystko co najlepsze w przekładzie i reżyserii Piotra Złotorowicza na małej scenie Teatru Polonia pokazuje współczesną odmianę zwątpienia w sens życia zwaną depresją i podsuwa nawet psychoterapeutyczną receptę. Przedstawienia ogromnie różniące się między sobą łączy jednak temat samobójstwa, jako dosyć radykalnej metody radzenia sobie z problemami egzystencjalnymi. W Biesach jeden z bohaterów, który pisuje uczone rozprawy twierdzi, że XIX-wieczna Rosja jest krajem samobójców i sam z przyczyn religijnych (ponieważ Boga nie ma) zamierza uczynić to samo. Współczesny kraj europejski, Anglia, (ale także Polska), notuje wzrost liczby samobójstw z nieco innych, bardziej przyziemnych, co nie znaczy, że nieważnych przyczyn.
W monodramie Wszystko co najlepsze, powodem jest nieudane małżeństwo, a dziecko tych niedopasowanych rodziców na własną rękę szuka antidotum na grożącą także jemu depresję. Opryński w Biesach nie podsuwa żadnej recepty na pozbycie się emocjonalnej dysfunkcjonalności. Pogarda dla życia i dla człowieka jest przemożna, większość z jedenastki bohaterów scenicznych ginie właściwie bez widocznej przyczyny, bowiem winny jest diabeł panujący nad duszą człowieka, tak jak w wierszu Puszkina Biesy, który jest mottem do powieści Fiodora Dostojewskiego.

Biesy w polu ścieżki kładą
Krążą na nich, nogi ranią
Czemu wyją tak żałośnie
Ile jest ich, dokąd pędzą?
Czy grób bożka w ziemi rośnie
Czy też za mąż dają jędzę?

Młody bohater monodramu z Polonii układa listę rzeczy, dla których warto jednak żyć. Spis „wszystkiego co najlepsze” osiąga już w wieku dojrzałym liczbę miliona pozycji. Dużo czy mało, by pokonać zgorzknienie i zwątpienie?
Chyba wystarczy, bo sztuka kończy się umiarkowanym optymizmem. W Biesach nieszczęście jest studnią bez dna. Kto wpadnie do środka, już się nie wydobędzie, a zło jest dziedziczone, przechodzi z ojca (matki) na syna, jest też uwarunkowane społecznie. We Wszystko co najlepsze syn zadaje ojcu dziesiątki pytań „Dlaczego” i otrzymuje racjonalne odpowiedzi, z których nic nie wynika, a przede wszystkim, nie uwzględnia się w nich najważniejszego, nie ma miłości ani troski o dziecko.

A jednak od strony teatralnej przedstawienie Biesów jest lepsze od monodramu, bo opiera się na grupie świetnych aktorów i doskonałym tekście, nie wspominając już o klimatycznej i nowatorskiej scenografii (wizualizacje Aleksandra Janasa i scenografia Jerzego Rudzkiego). Wszystko co najlepsze opiera się tylko na jednym wykonawcy Rafale Mohrze, który pomocników musi sobie dobrać z nieruchawej jak zwykle widowni. Wyciąga z wygodnych krzeseł kandydata na swego ojca, psycholożkę, weterynarza, narzeczoną, rozdaje też wśród publiczności kilkadziesiąt karteczek z wypisanymi ... powodami dla których warto żyć.
Są tu dobra materialne (numer 1. – „lody waniliowe”), ale również wartości niematerialne, jak piosenki popularnych wokalistów czy choćby „późne wstawanie z łóżka razem z kimś kogo się kocha”. Właściciele karteczek muszą w odpowiednim momencie głośno odczytać powód, utwierdzający w przekonaniu, że życie jest coś warte i to niestety nie zawsze wychodzi zrozumiale. Szukanie szczęścia w rzeczach małych czy banalnych, jest z pewnością dobrą radą dla malkontentów.

Autorzy sztuki uznali, że spora część tych korzystnych bodźców mieści się w muzyce popularnej, którą traktuje się tak samo jak filmy kung fu. A więc słuchamy m.in. fragmentu piosenki Ray'a Charlesa, zachwycamy się wypowiadanym przez niego słowem „You”, ale dziwnym trafem całkowicie pomijamy ogromną spuściznę muzyki klasycznej. Dlaczego? Pada tylko informacja, że gwiazda popowa Beyoncé jest w ósmym pokoleniu potomkinią Gustava Mahlera. Czy to jednak podnosi wartość jej produkcji?

Ale jest w końcu w przedstawieniu z Rafałem Mohrem element bardzo pozytywny. Ponoć aktor ten, który wcześniej nigdy nie grał na pianinie, został przyuczony przez konsultanta muzycznego Mateusza Dębskiego (doświadczonego muzyka, który np. prowadził zespół i zaaranżował dla sceny Och Teatru oprawę musicalu Dwoje na huśtawce) do wykonania szkieletowego podkładu do kilku popowych piosenek. Aktor nie tylko akompaniował sobie wybijając akordy prawą ręką, ale też śpiewał równocześnie z graniem. I tutaj należą się gromkie brawa. Okazuje się, że do praktycznej edukacji muzycznej nie trzeba mieć wielkiego talentu. Wystarczy chcieć.
Joanna Tumiłowicz