Koncert Orkiestry Polskiego Radia w jego siedzibie był tym razem zapowiadany jako wydarzenie związane z pierwszym w Warszawie (a drugim w Polsce) wykonaniem nowego dzieła Pawła Mykietyna, jego Koncertu skrzypcowego. Część publiczności tylko na ten utwór się nastawiła i po przerwie opuściła salę Studia im. Lutosławskiego. Warto skupić się zatem na tym nowym dziele. Jest to pozycja zawierająca szereg cech wcześniejszych utworów tego kompozytora, który nieustannie eksperymentuje w obszarze dźwiękowych kombinacji.

Można przyjąć, że jest to rodzaj zabawy z materią dobrze znaną z klasyki instrumentalnej. Twórca rzadko wgłębia się w sonorystyczne próby rozebrania dźwięku na czynniki pierwsze i pokazanie samego „widma”, raczej stara się zestawić znane połączenia w jakiś nietypowy krajobraz, który jednak w swych szczegółach wydaje się dobrze znany. Trudno się więc zgodzić z ocenami specjalistów (w programie koncertowym czytamy omówienie utworu Mykietyna dokonane ręką Marka Zwyrzykowskiego), że orkiestra symfoniczna i solista przekazują nam jakieś „ważne treści”. Tutaj chyba nie o treści chodzi, ale o formę zabawy albo gry, choć oczywiście można się zgodzić, że jest to „materia pełna niepokoju, napięcia, wyczuwalnego także w chwilach uspokojenia, oddechu, refleksji”. Niestety słowa opisujące sens muzyki są zwykle puste i niewiele znaczące. Jakie to „połączenia” dźwięków przygotował Paweł Mykietyn?
Koncert zaczyna się gremialnym tutti orkiestry, w której instrumenty grają ostinato złożone z sekundy małej, ale na różnych wysokościach, bez jakiegoś uszeregowania harmonicznego. Do tego krajobrazu, tła dźwiękowego dołącza się solista, znakomity w tej roli Maciej Markowicz, koncertmistrz OPR, wcześniej pełniący tę samą rolę w Narodowym Forum Muzyki, a do tego członek i założyciel Lutosławski Quartet, grający też w Jazz Band Młynarski – Masecki i jeszcze sam komponujący na niezłym poziomie. Solista dołącza się z ostinatem w postaci kwarty czystej.

Typowo repetytywne zapętlenie, ale nie tak obłędnie długie, jak u minimalistów. Jestem świeżo po transmisji radiowej Echnatona Philipa Glassa, więc widzę tę różnicę. Mykietyn nie jest tak prostacki ani nudny. W swym koncercie zawarł rozmaite szczególiki, czasem tylko jednotaktowe, z innych dzieł skrzypcowych lub symfonicznych, czasem je kilkanaście razy powtarza stosując przy tym charakterystyczne dla siebie accelerando, czasem szybko przechodzi do następnej „pigułki” klasycznej. Nie ma sensu doszukiwanie się źródeł zapożyczeń – Prokofiew? Ravel? Strawiński? Wyróżnia się np. motyw orkiestrowego ostinata z Pór roku Vivaldiego, ale więcej jest skrzypcowych wprawek wplecionych w różne tła dźwiękowe, np. gamy do góry i do dołu, pasaże z trójdźwiękami harmonicznymi i innymi, czasem powtarzane w sekcji dętej, jak w typowo klasycznych dialogach. Wreszcie po tych łamańcach i tańcach pojawia się wielka koda, typowo repetytywna, crescendo z delikatnym accelerando.
Solista ze swoim powtarzalnym pasażem przez całą skalę skrzypiec ginie w huku orkiestry, ale trwa do końca. Trzeba przyznać, że dyrygent, Michał Klauza potraktował kierowanie tym utworem z ogromną swobodą i pewnością. Mykietynowskie acceleranda wychodziły mu całkiem naturalnie. Nie miał żadnych zahamowań i obaw, które być może towarzyszą pierwszym wykonaniom muzyki z obecnością kompozytora na sali. Koncert nie jest nużący dla słuchaczy, więc może przebije się do zbioru „kompozycji fakultatywnych” np. na konkursach skrzypcowych.

Przed „skrzypcowym” Mykietyna orkiestra zagrała zgrabnie uwerturę do Flisa Moniuszki, ze świetnie wplecioną w muzykę namiastką burzy z piorunami. A po przerwie nastąpiła część świąteczna. Orkiestra zaproponowała należącą do kręgu muzyki popularnej Carol Symphony V. Hely-Hutchinsona, opartą na melodiach angielskich kolęd, ale z silnie wyodrębnionym motywem pieśni średniowiecznej Adeste Fideles, być może irlandzkiej, po czym skosztowaliśmy czterech polskich kolęd (ze zbioru obejmującego 20 pozycji) w całkiem nieoczywistym, modernistycznym opracowaniu Witolda Lutosławskiego. Jak zwykle wysmakowane wykonanie Olgi Pasiecznik, występującej w zjawiskowej, oryginalnej długiej sukni, dało dodatkowy efekt, który wypełnił brak Bożonarodzeniowej choinki na estradzie.
Joanna Tumiłowicz