Może wydać się dziwne, że choć nie ma dziś powodów, aby pomijać twórczość sakralną naszych twórców, to muzyka kościelna Stanisława Moniuszki jest wciąż traktowana jako margines, albo zapomniany segment w jego dorobku. Dlatego z wielkim uznaniem trzeba przyjąć inicjatywę Towarzystwa Miłośników Muzyki Moniuszki w postaci Festiwalu Muzyki Sakralnej tegoż. Koncert zamykający tę imprezę odbywającą się w kościołach katolickich prawobrzeżnej Warszawy przyniósł dzieła piękne i wartościowe w znakomitych wykonaniach, najlepszych z możliwych.
Udział wzięli soliści śpiewacy, w tym Marta Rozynek-Banaszak – sopran, Roksana Wardenga – mezzosopran, Andrzej Lampert – tenor i Jarosław Bręk – baryton. Śpiewacy ci byli niekiedy wspomagani solistami z Chóru Mieszanego Filharmonii Narodowej przygotowanego przez Bartosza Michałowskiego. Na organach grał Piotr Wilczyński, zaś całością, w tym Orkiestrą Polskiego Radia dyrygował Michał Klauza.

Pewnym zaskoczeniem było to, że niektóre pozycje programu Koncertu Finałowego miały swoje prawykonanie po niemal 200 latach, inne zaś należało najpierw zrekonstruować na podstawie jakichś szczątkowych rękopisów partytury. Tutaj swój walny wkład wniósł Krzysztof Teodorowicz, dyrygent, kompozytor i publicysta muzyczny, dzięki któremu doszło do wykonania kilku cennych kompozycji Moniuszki. Koncert zaczął się Psalmem Ne memineris na kwartet solistów, chór mieszany, organy i orkiestrę smyczkową, które przeplatają się w sposób misterny i budują napięcie muzyczne wspaniałymi harmoniami. Tutaj od razu można było wyczuć rękę mistrza, który doskonale panuje nad pełną religijnego patosu fakturą. Pięknie też w kościelnej akustyce zabrzmiał chór.
Drugi utwór – Psalm Vide humilitatem miał nieco skromniejszą postać muzyczną, ale był równie piękny. Potem nastąpiło wykonanie podstawowej modlitwy chrześcijan Ojcze nasz. Współczesny Moniuszce autor napisał o tej pieśni na 4-głosowy chór z orkiestrą, że „wieje z niej wyraz czystej modlitwy" i żałował, iż z powodu krótkości nie dosyć zdołała oderwać słuchaczy od ziemi, ale była zdolna to uczynić. To oczywiście dowód na to, iż pieśń się podobała już podczas pierwszego wykonania, a na tamtym koncercie były również kompozycje samego Beethovena.

Swoistą nowinką było wykonanie Benedictus skomponowanego na powitanie Nowego Roku 1868 w Kościele św. Krzyża w Warszawie. Tego utworu nie wykonywano w Polsce od tej pory ani razu, a dziś wiemy, że Moniuszko napisał go w ciągu jednego dnia, w Sylwestra 1867. Następnie usłyszeliśmy Offertorium In te Domine speravi, również wykonywane w wersji na chór i orkiestrę po raz pierwszy od ponad wieku, a może w ogóle pierwszy raz, bo wcześniej było znane jako kompozycja na chór i organy.

W muzyce odbija się nie tylko religijne skupienie , ale też swoboda w traktowaniu materiału muzycznego, gdzie tonacje durowe zwiastują nastroje pogodne i liryczne, zaś molowe – wróżą większe napięcie, dramat. Wszyscy wiemy, że Stanisław Moniuszko był osobą bardzo pobożną, zatem komponowanie przez niego muzyki religijnej było naturalną potrzebą twórczą. Kompozytor nie traktował tego zajęcia jako dodatkowej formy zatrudnienia, ale w pełni dawał upust swej fantazji melodycznej i harmonicznej. Prześliczne kadencje utworów przebiegające przez kilka tonacji świadczą o jakości wykończenia tej wspaniałej muzyki.
Również instrumentacja partii orkiestrowej nie nosi cech schematyzmu. Można się było o tym przekonać podczas wykonania Mszy łacińskiej Es-dur, która uchodzi za najlepszą ze wszystkich Mszy, które wyszły spod ręki Moniuszki. Poszczególne części tego utworu każą uważać Moniuszkę za spadkobiercę najlepszych tradycji tego gatunku, z zachowania indywidualnego stylu i polskiego charakteru muzyki.

Znawcy podkreślają , że w pełnym patosu Sanctus słychać echa starych polskich pieśni nabożnych, zaś w przepełnionej słodyczą części Benedictus dostrzegano talent pozwalający stanąć Moniuszce obok Mozarta, który pozostawił po sobie pełne religijnego spokoju Ave verum corpus. Warto pochwalić wykonawców koncertu, zwłaszcza Chór Filharmonii Narodowej, którego brzmienia wypełniało surową w wyglądzie praską świątynię.

Zespół ten prowadził piękne kantyleny i tylko raz na wysokim dźwięku dał się słyszeć ostrzejszy ton. Dobrze też brzmieli soliści, choć baryton Jarosława Bręka nie miał swej zwykle czarującej swobody. Trzeba powiedzieć, że odzywający się w ansamblach soliści z filharmonicznego chóru wcale nie odbiegali poziomem emisji głosów i czystością intonacji od czwórki znanej np. ze scen operowych. Bardzo kulturalnie, tzn. nie za głośno w stosunku do śpiewaków, grała Orkiestra Polskiego Radia kierowana wprawną ręką swojego dyrektora muzycznego. Należy tylko żałować, że sakralna muzyka Moniuszki wykonywana jest tylko okazjonalnie w Roku Jubileuszowym, a nie weszła na stałe do muzycznego repertuaru podczas liturgii, które są wciąż traktowane po macoszemu.
Joanna Tumiłowicz