Przegląd nowości

Komiwojażer już nie pojedzie

Opublikowano: niedziela, 24, listopad 2019 08:18

Pierwsze objawy zagrożenia bytu to kłopoty z prowadzeniem samochodu. Kilka razy członkowie rodziny pytają komiwojażera, czy znów rozbił auto, a on zapowiada, że już nie chce więcej jeździć na dłuższe trasy, choć tylko tak może zarabiać. Napięcie narasta, a wspomaga je nagranie dźwięków spadającej kulki (może piłki pingpongowej). To świetny efekt podnoszący nerwowość bohaterów spektaklu, w którym czołową rolę gra Mirosław Baka.

 

Smierc komiwojazera 1

 

Komiwojażer decyduje się na rozmowę z szefem, którego nie szanuje i który po prostu zwalnia starego pracownika. Wtedy pojawia się, jako zapowiedź nadciągającej tragedii mroczny fragment orkiestrowy ze Zmierzchu bogów Ryszarda Wagnera poprzedzający śmierć Zygfryda. Oczywiście mało który widz identyfikuje tych kilka dźwięków, ale genialna muzyka podsunięta przez autora oprawy Michała Górczyńskiego działa autonomicznie.

 

Smierc komiwojazera 2

 

Tworzy nastrój. Denerwujące stukanie spadającej kulki i minutowy fragment muzyczny idealnie współgrają z popisem znakomitego aktorstwa. Czarę goryczy przechyla rozmowa z synem, który wyjawia swoją absolutną klęskę w budowaniu szczęśliwej przyszłości. Zdradza nawet swój pobyt w więzieniu z powodu drobnej kradzieży. Komiwojażer uczepia się wtedy jednej, obłędnej myśli ratowania rodziny skazanej na materialną wegetację, znów układa  złudne plany kariery synów, w których powodzenie ciągle wierzy mimo licznych rozczarowań. Dramat Arthura Millera sięgający istoty wyścigu szczurów tak charakterystycznego dla systemu, w którym od 30 lat i my tkwimy, rozumie i przeżywa chyba każdy.


Ta sztuka wydaje się niesłychanie aktualna, bo który z rodziców nie obmyśla w duchu ścieżki kariery swojego potomstwa, nie łoży na dodatkowe zajęcia, nie zapisuje na kursy i szkolenia oraz płatne studia w kraju lub za granicą, choć czasem wymaga to sporych wyrzeczeń. Ciekawe jest to, że widzowie, którzy oglądali Śmierć komiwojażera – dramat z 1949 roku – przed laty, za „spokojnego” PRL, w którym – czy się stoi, czy się leży... – nie byli w stanie dotrzeć do istoty przekazu.

 

Smierc komiwojazera 3

 

Odbierali sztukę Millera jako tragedię rodzinną wynikającą może z niedopasowania charakterów czy błędów w wychowaniu synów, tymczasem dziś, po transformacji, nauczyliśmy się wiele i widzimy, że pisarz był oskarżycielem systemu ekonomicznego, w którym tak wielu z nas chciało żyć. Ilu komiwojażerów toczy się dziś po polskich drogach, ilu walczy z konkurencją w small businessie, ilu zmaga się z życiem w korporacjach. Dobrze, że już mało kto wierzy w amerykański mit od pucybuta do milionera, a spektakl Teatru Wybrzeże swym prostym przekazem nam te miraże jeszcze raz weryfikuje.

 

Smierc komiwojazera 4

 

Dobra reżyseria Radka Stępnia, bardzo oszczędna scenografia Elizy Gałki z głównym meblem – kanapą stojącą przed telewizorem uwydatnia zapętlenie w dialogach i dodaje wyrazu kilku ostrzejszym spięciom. Gorzej wypadają rzucane na ścianę wspomnienia wideo. Oglądamy bowiem nagrania z dzieciństwa Biffa i Happyego, jeszcze pełnych naiwnej wiary, że się uda. Scenki te przygotowane przez Natana Berkowicza fabularnie pasują do „tu i teraz”, nie są majstersztykiem realizatorów. W całości jednak surowy amerykański dramat zaprezentowany w Warszawie w ramach Festiwalu Polska w IMCE to najwyższa półka.

                                                                     Joanna Tumiłowicz