Przegląd nowości

Słuchowisko „Hrabina”

Opublikowano: środa, 18, wrzesień 2019 14:05

Na niewielkiej przestrzeni estrady koncertowej można inscenizować przedstawienia operowe, choć częściej wykonuje się takie dzieła w wersji koncertowej. Hrabina Stanisława Moniuszki została jednak zrealizowana parateatralnie w dziwaczny, by nie powiedzieć pokrętny sposób, co zawdzięczamy zaangażowanej do tego celu reżyserce Annie Wieczur-Bluszcz.

 

Hrabina radiowa 1

 

Przypuszczalnie najlepiej wypadła inscenizacja w konwencji teatru radiowego, bo do muzyki oraz partii mówionych dołączono nagrane na taśmę efekty dźwiękowe w postaci głośnych rozmów na balu, ćwierkania ptaków w wiejskim dworku oraz głośnych kroków zapewne samej Hrabiny. Nie wiadomo natomiast po co były reżyserce kostiumy z epoki, w które poprzebierała solistów, po co ustawiono na estradzie stylowe meble z pałacu i namiastki jakichś dekoracji, skoro w radiu (ani obiecywanym nagraniu płytowym) tego nie widać. Publiczność w studiu oglądała natomiast maskaradę przy całkiem współczesnych pulpitach, na których rzekomi bohaterowie śpiewogry ustawili swoje nuty. Gdyby to miała być wersja pół-sceniczna, to soliści powinni śpiewać z pamięci i jakoś przynajmniej markować wzajemne relacje i odniesienia.


Tymczasem w tej niby operze, gdy Chorąży (w tej roli z doklejonymi baczkami i ubrany w kontusz Robert Ulatowski) zwraca się do Kazimierza (Łukasza Załęskiego) Ruszaj bracie w pole! ten wzorem artystów na koncercie siedzi spokojnie na krześle. Takich momentów było więcej. Tylko po co ta cała błazenada z udziałem reżysera, po co Ewa Gdowiok przygotowała oprawę scenograficzną i kostiumy dla artystów? Po co Paulina Góral-Stykowska zmieniała kolory reflektorów z czerwonych na zielone? Po co Hrabina (Ewa Tracz) wystąpiła w różnych sukniach i żadnej nie rozdarł Kazimierz? Raz miała na głowie XVIII-wieczną perukę w stylu Konstancji Mozart, a innym razem wystarczyły jej własne włosy?

Wróćmy jednak do istoty sprawy, czyli muzyki Moniuszki w wykonaniu Orkiestry Polskiego Radia, solistów i chóru Filharmonii Narodowej przygotowanego przez Bartosza Michałowskiego.

 

Hrabina radiowa 2

 

Orkiestra pod batutą Michała Klauzy grała tradycyjnie za głośno i trudno było zrozumieć w wielu miejscach o czym się tutaj śpiewa. Z partii mówionych można już było coś nie coś pojąć. Wszak Studio Radiowe im. Lutosławskiego ma znakomitą akustykę. Zapewne w bezpośredniej transmisji radiowej (i na nagraniu) równowaga między głosami śpiewaków i orkiestrą była zachowana dzięki elektronice. Trudno jednak przypuścić, by reżyserzy dźwięku naprawili wokalne niedostatki solistów. Ewa Tracz ogólnie śpiewała dobrze, ale w swojej popisowej, a przy tym bardzo trudnej arii Zbudzić się z ułudnych snów wypadła nie jak Hrabina, ale przekupka na targu. Niskie tony wydała spłaszczone i charakterystyczne, a wysokie zbyt wykrzyczane. Wyciskane, wysokie tony zdarzały się czasami tenorowi Rafałowi Żurkowi występującemu w roli Dzidziego. Pokazał on poza tym dobrą szkołę i ładny głos, zaś w partiach mówionych swobodę i niezły talent aktorski. Dobrym aktorem był także Podczaszyc Dariusz Machej. Ładny i dobrze prowadzony głos tenorowy zaprezentował Łukasz Załęski, który jednak nie pokazał swady aktorskiej. Bez zarzutu wokalnie popisała się techniką koloraturową panna Ewa – Joanna Moskowicz. Chór śpiewał dobrze, wykazał całkiem dobrą – zrozumiałą, dykcję, a w jednej scenie zaprezentował nawet gwar towarzyszący uczestnikom polowania. Pojedziemy na łów śpiewane i grane przez waltornię zza sceny było mocnym punktem tej opery. Niestety w tej realizacji z niewiadomych powodów uczestnicy nagonki wystąpili w koncertowych czarnych frakach. Jeśli dobrze pamiętam, to kilka lat temu na tej samej estradzie Studia S1 do wykonanej koncertowo Hrabiny dołączono nawet namiastkę sceny baletowej...

                                                                   Joanna Tumiłowicz