Premiera nieśmiertelnej opery Bizeta Carmen, jednej z najcześciej grywanych oper, oczekiwana była w Kopenhadze z niejakim napięciem, choć w pewnym sensie wiadomo było, czego należało się spodziewać.

Carmen w reżyserii Australijczyka Barriego Kosky, grana już bowiem była we Frankfurcie w roku 2016 i w Royal Opera House w Londynie w roku 2018, i cieszyła się opinią przedstawienia ciekawego, aczkolwiek kontrowersyjnego. Opera Bizeta, skomponowana w roku 1875 na zamówienie Opera Comique w Paryżu, do dziś nie doczekała się jednoznacznej wersji. Bizet napisał Carmen zgodnie z konwencją panujacą w teatrze, dla którego ją komponował, z mówionymi dialogami oraz tak zwanymi „melodramatami”, scenami, w których partiom towarzyszy orkiestra. Późniejsza tradycja, pochodzacą od Ernesta Guiraud, posługiwała się dokomponowanymi recytatywami.
W połowie XX wieku przywraca się dialogi, choć i tak niektóre nagrania ciągle trwają przy recytatywach. Dialogi to od razu problem językowy – poza Francją przywykło się dialogi tłumaczyć na język kraju wykonania. Kosky przedstawia nową koncepcję, teksty mówione, ale nie oryginalne, a skompilowane na podstawienie kilku wersji i jeszcze „dostosowane” do współcześności, pomyślane zostały jako filmiczny „voice over”, nagrany tekst, pomiędzy „numerami”, lub towarzyszący muzyce. Wersja tekstu w formie monologu głównej bohaterki, płynał po duńsku z głośników, czytany przez aktorkę o wymowie godnej zapowiedzi stacji metra, tyle, że bardziej przymilnej. Nie wiem, jak inni widzowie tekst ten odbierali, mnie drażnił on i alienował akcje jeszcze bardziej, niż to było pomyślane.

Kosky widzi Carmen nie tyle jako operę, co jako widowisko „dla mas”, balansujące niebezpiecznie w stronę farsy. Znikomym tego znakiem jest sama scena końcowa – zadźgana nożem Carmen, wstaje, otrzepuje ubranie i wzrusza ramionami. Ot, taka sobie historia, nic takiego. Zgodnie z tą koncepcją przedstawienie jest nad zwyczaj ruchliwe, mimo statycznej dekoracji (gigantyczne schody, po których wbiegają i zbiegają kolejni aktorzy – śpiewacy – clowni – mimowie – tancerze) ani na chwilę nie ustaje ruch. Dzieje się tak wiele, że oczopląs mamy obowiązkowy. Carmen, to nie tyle Cyganka – przemytnica – dziewczyna lekkich obyczajów – co nowoczesna kobieta, walcząca o swa niezależność, o kalejdoskopowej indywidualności, tańcząca, zmieniająca kostiumy, tak że nie bardzo wiadomo gdzie i kiedy wszystko się rozgrywa. Występuje kolejno w szacie torreadora (różowej), w skórze goryla, we współczesnym kostiumie: czarne spodnie i biała, obcisła koszula, w sukience cocktajlowej rodem z lat 30-tych, w ciemnej sukni z falbankami o hiszpaniej inspiracji, by na końcu ukazać się w wielkiej sukni z gigantycznym, cieżkim welonem, utrudniającym wszelkie ruchy. Postacie męskie to stereotypy: żołnierze, robotnicy i stylizowany na pięknego, „nie do odparcia” Escamillo. Do tego dodać należy wszechobecnych tancerzy, którzy, choć jest ich tylko sześcioro, dominują obraz sceniczny, narzucając tempo i taneczność większości scen.
Muzykę prezentowano w bardzo szybkich tempach, orkiestra grała błyskotliwie pod batutą Alexandra Vedernikova. Ponieważ przedstawienie będzie grane na tej scenie stosunkowo długo, zadbano o podwójną obsadę głównych ról. Na premierze śpiewali goście: Kanadyjka Michèle Losier była fascynujacą Carmen, dysponowała wspaniałym głosem, bardziej sopranem, niż mezzo, z dużymi walorami scenicznymi.

Don José kreował młody armeński tenor, Migran Agadzhanyan, o wielkim, choć nie zawsze pięknym (zwłaszcza w wysokich rejestrach) głosie i przyciężkawej sylwetce. Niestety, mnie kojarzył się ze Stalinem, co chyba nie było zamierzone. Błyskotliwym torreadorem, Escamillo, był Białorusin, Anatoli Sivko, który niestety miał trudności w niskim rejestrze.

Mniejsze role śpiewali soliści duńskiej Opery. W drugiej obsadzie będzie można usłyszeć czysto rodzimą obsadę: Elisabeth Jansson jako Carmen, Niels Jørgen Riis jako Don Josè, David Kampster jako Escamillo. W sumie Carmen w wersji Koskyego, to fascynujące, choć chwilami dziwne przedstawienie, mogące rozczarować widza oczekujacego „klimatów” hiszpańskich, lecz które jest w stanie usatysfakcjonować konesera pięknej muzyki i wartkiej akcji scenicznej.
Eva Maria Jensen