Ciekawy pomysł na Festiwal obmyśliło Stowarzyszenie im. Beethovena Pani Elżbiety Pendereckiej. W 250 rocznicę urodzin Józefa Elsnera trzeba przypomnieć czasy, gdy ten spolszczony Niemiec uczył kompozycji gromadę uzdolnionych młodzieńców, wśród których trafiła się prawdziwa perła, geniusz nazwiskiem Chopin.

Muzyka Elsnera znana jest jednak tylko nielicznym melomanom, nazwisko wymienia się najczęściej w kontekście jego najlepszego studenta, a przypominanie innych uczniów warszawskiego konserwatorium też jest zwykle dodatkiem do opowieści o Fryderyku. A jednak festiwal pod nazwą Wokół Józefa Elsnera odbył się w Warszawie, choć równie dobrze mógłby się nazywać: Wokół Fryderyka Chopina. Tym bardziej, że jeden z festiwalowych koncertów odbywał się pod hasłem z opinii Elsnera o Chopinie: Szczególna zdatność, geniusz muzyczny.
Słowem geniusz nie szafowano wtenczas tak hojnie, jak dziś (proszę posłuchać reklamy koncertów Zbigniewa Preisnera), o Chopinie wypowiedział się publicznie w ten sposób jeszcze tylko Robert Schumann, gdy talent naszego kompozytora zabłysnął już na Zachodzie. Swoją drogą podobną szlakiem podążał w poszukiwaniu kariery inny tegoroczny jubilat – Stanisław Moniuszko. Studiował w Niemczech, sporo przebywał w Paryżu, a w dzieciństwie, w tym samym czasie, co młody Chopin, pomieszkiwał z rodzicami w Warszawie.

Jest ciągle tajemnicą, czy były jakieś kontakty, jeśli już nie między chłopcami, to chociaż rodzinami Chopinów i Moniuszków. Zapewne jednak nie, bo sądząc po dalszych losach synów, były, jak i teraz, głębokie podziały w naszym społeczeństwie. Moniuszko w swoich dziełach ironizował, niemal naśmiewał się z wyznawców mody na „francuszczyznę”, a Chopin – ojciec był już nie tylko sfrancuziałym obywatelem, ale rodowitym Francuzem, który jak się okazało później wstydził się swojej rodziny, tradycyjnie na francuskim pograniczu utrzymującej się z przemytu.

Do Elsnera nikt określeń „geniusz” nie przypasowywał. Byłam na koncercie pod hasłem Józef Elsner i uczniowie, na którym co prawda nie wykonywano muzyki Chopina, ale mam wrażenie, że wszyscy studenci przerośli mistrza. Zaczęło się od Kwartetu fortepianowego Elsnera, który był solidnie wykonaną robotą w stylu postklasycznym, z niewielkimi echami Beethovena, ale bez jego ognia. Kolejny utwór to Kwintet fortepianowy Józefa Nowakowskiego, który partyturę tego utworu wysyłał do zaprzyjaźnionego z nim Chopina, aby ten pochwalił.
Czy uzyskał to, czego oczekiwał, nie wiemy. Kwintet z udziałem kontrabasu swym zestawem instrumentów wykazywał jakieś pokrewieństwo ze słynnym Kwintetem Pstrąg Franciszka Schuberta, miał też bogato wyposażoną w figuracje partię fortepianu, ale takiego tematu wariacji, jak u Schuberta jednak nie zawierał. Kolejny utwór – Kwartet fortepianowy D-dur Józefa Krogulskiego (Elsner miał szczęście do Józków) wyglądał na najbardziej nowoczesny w tym zestawieniu, zawierał więcej niespodziewanych zwrotów melodycznych, ale też nie pozostawił osadu w pamięci.

Wreszcie koncert zamknął Kwintet smyczkowy Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, który na skali talentów był „drugim po Chopinie”. I to się już któryś raz potwierdziło, bo usłyszeliśmy utwór częściej wykonywany na naszych estradach, pełen ciekawych nastrojów i temperamentu, a dodatkowo zawierający rozdzierającą serce niespodziankę Andante doloroso ma non tropo lento.

Była to ujęta w formę wyrażającą cierpienie lamentacja na temat Mazurka Dąbrowskiego, którą kompozytor, Polak, patriota, odważył się wstawić do utworu. Ten Kwintet zarówno emocjonalnie, jak i muzycznie zdecydowanie górował nad pozostałymi kompozycjami, co zgromadzona publiczność, wśród słuchaczy znalazł się też były prezydent RP Bronisław Komorowski z Małżonką, doceniła gorącymi brawami. Pogratulować należy przy okazji Elżbiecie Pendereckiej, która do wykonania tego koncertu sprowadziła z Krakowa muzyków znakomitych, choć w Warszawie zupełnie nieznanych. To także istotny znak dla organizatorów koncertów i festiwali, że stolica, choć największa, wcale nie jest wyłączną kuźnią talentów.
Joanna Tumiłowicz