Kościół św. Katarzyny dla muzyki odkryli Krzysztof Penderecki i Henryk Czyż, którzy w jego wnętrzu dokonali pierwszego nagrania studyjnego Pasji wg. św. Łukasza. Później, w obecności Karola Wojtyły miały tam miejsce pierwsze wykonania Złożenia do grobu, a potem całości Jutrzni tego kompozytora.

Akustyka gotyckiej świątyni, która skądinąd u swych początków doznała zawalenia się sklepienia wskutek trzęsienia ziemi (stąd asymetryczne przesuniecie okna na chórze) sprawdza się w przypadku wielogłosowych form wokalnych, zwłaszcza w przypadku niewielkich składów, natomiast pozostaje nieprzyjazna wobec późnoromantycznej symfoniki o gęstej fakturze orkiestrowej. Nie wiedzieć czemu organizatorzy krakowskich festiwali muzyki polskiej upodobali sobie to miejsce na koncerty tego rodzaju muzyki z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku. W tym roku, co prawda, wobec remontu Sali koncertowej Filharmonii Krakowskiej zmuszeni zostali do szukania alternatywnych dla nich lokalizacji.
14 lipca 2019 w Koncercie skrzypcowym A-dur op. 8 Mieczysława Karłowicza w otwierającym Allegro moderato wyjątkowo anemicznie i bezdźwięcznie brzmiały orkiestrowe skrzypce. Na szczęśnie nośnością odznaczały się te solowe pod smyczkiem Mirandy Liu, która w pełni panowała nad swym instrumentem, swobodnie pokonując techniczne wyzwania swej partii, a jednocześnie urzekając krągłym brzmieniem. Niestety, w akompaniamencie szybkie figuracje ulegały zatarciu wskutek panującego w kościele pogłosu. Może zatem należało dobrać bardziej stonowane tempa, by choć częściowo zredukować ten niepożądany efekt uboczny?

Dlatego najwięcej satysfakcji dostarczyła wolna Romanza, pozwalająca śledzić zgodną współpracę skrzypaczki i orkiestry Filharmonii Krakowskiej pod dyrekcją Francka Chastrusse’a. Wobec zaznaczonych wyżej okoliczności można było wyrobić sobie zaledwie przybliżone wyobrażenie o monumentalnej Symfonii F-dur „Polonia” op. 14 Emila Młynarskiego, mistrza batuty, wieloletniego dyrektora Opery Warszawskiej, a więc jak mało kto znającego możliwości orkiestry jako bez mała stuosobowego, zbiorowego instrumentu. A w konsekwencji takiego posługiwania się nim, by uzyskać olśniewające słuchaczy efekty brzmieniowe. Niestety, panująca akustyka wypaczała i zniekształcała proporcje brzmieniowe pomiędzy sekcjami instrumentalnymi. Na przykład flety dobiegały jakby ze znacznej odległości, podczas gdy obój sprawiał wrażenie znajdującego się na wyciągnięcie ręki. A partytura ta posiada wiele w pełni wartościowych ustępów. Na przykład Adagio, zrazu o cechach marszowych, rozwijające się potem w stronę rejestru lirycznego za sprawą sola skrzypcowego, a następnie poprzez crescendo prowadzące do kulminacji, tworząc rodzaj symfonicznego obrazu. Z kolei Scherzo w tempie Presto, mimo rozbudowanego składu, dzięki instrumentacji sprawia wrażenie napowietrznej ulotności zwinnie pomykających figuracji pierwszych skrzypiec.
Aliści w finałowym Vivace assai, za pierwszym pojawieniem się motywu w rytmie krakowiaka powstał rozlewający się klaster, wynikający prawdopodobnie nie tyle z intencji kompozytora, co nieprzewidzianych przez niego warunków akustycznych z nakładającym się pogłosem, przydającym tej niewątpliwie epigońskiej kompozycji znamion zgoła awangardowych. Program koncertu występującej tydzień później (18 lipca 2019) Sinfonietty Cracovia, prowadzonej przez Jerzego Dybała, stawiał przed muzykami i słuchaczami pytanie estetycznej natury, czy muzyka służyć ma ku pospólnej uciesze, czy też pobudzać wzloty wzniosłych duchów?

Początkowo przeważało zabawianie, bo taki źródłosłów posiada popularny w dobie klasycyzmu gatunek muzyczny divertimenta. Skądinąd Feliks Janiewicz takowego sam nigdy nie skomponował, bo dopiero w sto lat później arbitralnie złożył je z jego triów Andrzej Panufnik. Stworzył je na kształt barokowego concerto grosso z wyraźnie wysuwającą się na pierwszy plan grupą concertina, złożonego z dwojga skrzypiec i wiolonczeli, przeciwstawionych reszcie zespołu. Wyjątkowym skupieniem gry oraz intensywnym dźwiękiem odznaczało się Andante. Akustyka kościoła św. Katarzyny tym razem sprzyjała niewielkiej obsadzie Sinfonietty Cracovii i zaprezentowanemu przez nią repertuarowi, odznaczającemu się w znacznej mierze przejrzystą fakturą. Na przykład wyostrzyła brzmienie skrzypiec w Scherzu z Suity G-dur Ignacego Jana Paderewskiego, dokończonej przez Sławomira Czarneckiego. Szkoda, że utworu tego nie zestawiono w bezpośrednim sąsiedztwie z Czterema sonetami miłosnymi Shakespeare’a Tadeusza Bairda, posługującego się podobnym rodzajem archaizacji, szczególnie uchwytnym w zakresie pokrewieństwa tematycznego w przypadku wspomnianego scherza i drugiego sonetu „Drwię, mając ciebie, z całej ludzkiej pychy” – dziewięćdziesiątego pierwszego z poetyckiego cyklu.
W ostatniej chwili Szymona Komasę zastąpił Michał Janicki, którego głosowi brakowało może jeszcze pożądanego ciężaru gatunkowego i barwy, albowiem pod względem technicznym utwór ten nie przysparza śpiewakowi większych trudności technicznych. Liczy się w nim natomiast nade wszystko pierwiastek interpretacyjny, szukający dla siebie miejsca pomiędzy słowami i nutami, między innymi za sprawą operowania kontrastami agogicznymi. Serenada op. 2 Mieczysława Karłowicza zalecała się słuchaczom głównie intensywnym dźwiękiem w Romansie. Po muzyce w mniej lub bardziej dawnym stylu nastąpiło przejście do przywołanego w tytule wymiaru duchowego.

Symfonia kameralna z klarnetem obbligato i uderzeniami w trójkąt Mojsieja (Mieczysława) Wajnberga to dzieło o całkiem innym ciężarze gatunkowym niż poprzednio zaprezentowane. Jak wiele utworów kompozytorów szkoły radzieckiej (Szostakowicza czy Prokofiewa) rozpoczyna się wolnym Lento, dzięki czemu, poprzez uzyskany kontrast, następujące motoryczne Allegro molto sprawia wrażenie jeszcze bardziej szybszego niż ma to miejsce w rzeczywistości i byłoby możliwym do wykonania, a klarnet momentami nawiązuje do swojego klezmerskiego rodowodu (w roli solisty wystąpił Krzysztof Grzybowski). Medytacyjny charakter niepodzielnie zapanowuje w dwóch ostatnich, wolnych ogniwach, w które przechodzi attacca wspomniane allegro za sprawą sola skrzypcowego, a następnie wiolonczelowego. W trzecim kulminację stanowi czterodźwiękowy, z lekka ostinatowy motyw klarnetu. W finale tajemniczy klimat współtworzą trzy uderzenia w trójkąt i dwukrotne powracanie ustępu granego przez solistę i orkiestrę w dynamice piano pianissimo, a zamyka czwarte i ostatnie uderzenie w triangel, wskutek czego dzieło jakby rozpływa się w czasie i przestrzeni.
Lesław Czapliński