Pytanie kto wygrał jest jednym z najbardziej prymitywnych i ignoranckich, bo w odpowiedzi słyszymy zwykle, że gra to tylko pozory albo zewnętrzny pretekst, a w rzeczywistości chodzi o coś o wiele bardziej poważnego i zasadniczego. To tak, jak w legendarnym już pytaniu dzieci, które po wizycie w Muzeum Powstania Warszawskiego chcą się dowiedzieć od swoich nauczycieli czy opiekunów – a właściwie kto wygrał? I jak tutaj tłumaczyć sprawy, które nie dosyć, że oczywiste, to jednak są do dziś przedmiotem ostrych sporów?

Mówi się więc, że można przegrać, ale czuć się wygranym, albo że są zwycięstwa, których nie widać gołym okiem, nie przynoszące sowitych łupów, ale mimo to będące oznaką wielkiej siły duchowej, moralnej itd. Chętnie też posługujemy się religijną legendą o triumfie Dawida nad potężnym Goliatem, albo mówimy, że najważniejsze zwycięstwo odnosi każdy walcząc ze samym sobą. A jak było ze spektaklem baletowym Opery Wrocławskiej składającym się z dwóch jednoaktowych części Gra w karty i Święto wiosny ze wspaniałą muzyką Igora Strawińskiego?
Oba były swoistymi, bardzo rozbudowanymi przedstawieniami gry prowadzonej przez ludzi, w pierwszym przypadku „na niby”, czyli za pomocą kart do gry, w drugim zaś będącym grą „w realu”, walką o dominację, o prawo do egzystencji, o być może godność czy dostęp do wolności, czy z wykluczeniem z grupy. Różniło oba spektakle wszystko, styl tańca i muzyki. Gra w karty w choreografii Jacka Przybyłowicza nie dawała wskazówek co do zwycięzcy ani zwycięzców.

Skupiała się środkami technicznymi baletu neoklasycznego (taniec na puentach), na samym przebiegu turnieju. Prowadziły go zwykle parzyste układy kart, dwójki, czwórki. Rzadko pojawiali się tancerze „nieparzyści”, jako ktoś trzeci albo piąty. Turniej oglądaliśmy z pomocą bogatej warstwy wizualnej, np. płotka z wielkich kart na scenie oraz animowanej wizualizacji wideo w środku tego baletu. Z początku gracze, który występowali pod przykryciem kart, chcieli podejrzeć, co jest u przeciwnika, później sytuacja się komplikowała i coraz trudniejsze ewolucje musieli oni wykonywać.

Aż wreszcie w kulminacyjnym momencie karty zostały „odkryte”, czyli płotek się przewracał. Szkoda, że po drugiej stronie było to samo, długo ukrywana tajemnica okazała się powtórką. Pojawiała się natomiast pełnoekranowa animacja wideo autorstwa Ewy Krasuckiej, w której obok bardzo trafnych pomysłów graficznych i fotograficznych występowały też niestety zapętlenia, świadczące zwykle o zbyt krótkiej animacji, a może niedostatku inwencji i wyciąganiu prezentacji w czasie. Natomiast w warstwie układu tanecznego kulminacją była ciekawa - poruszająca się figura, rodzaj sportowej piramidy albo wielorękiego orientalnego bożka, która mogła symbolizować po prostu stos kart, jako synonim miałkości samej gry. W końcowej sekwencji sytuacja wracała do sceny z początku, a więc próby podejrzenia karty przeciwnika.
Święto wiosny będące największym wyzwaniem dla baletu i grającej na żywo orkiestry pod kierownictwem bardzo uzdolnionego dyrygenta Sebastiana Perłowskiego, wprowadzało odbiorców w stan niepokoju. Wszyscy chyba mają w pamięci pierwotne libretto opowiadające o rytualnym zabójstwie dokonanym na młodziutkiej dziewczynie, dziewicy, aby natura odwdzięczyła się obfitymi plonami. W ujęciu holenderskich choreografów Uri Ivgi i Johana Grebena fabuła tego spotkania została wypełniona rozmaitymi próbami znalezienia dla siebie miejsca w grupie, w społeczności czyli w zespole.

Nie jest to grupa jednorodna, ale często poszczególne jednostki reagują podobnie, starają się zachować postawę obronną, albo dominującą wobec najbliższego partnera. To wymaga doskonałego zgrania ruchów w całym zespole, bo muzyka wymaga od tancerzy wyrazistego eksponowania rytmicznych fraz. Autorzy układu korzystający z technik tańca nowoczesnego wprowadzili tutaj elementy bardzo nietypowe, trudne, a nawet bolesne dla artystów, bo np. zwielokrotnione podskoki na gołych płaskich stopach i ugiętych nogach z koniecznym odgłosem uderzenia podeszwy o scenę, mogą się odbić na kondycji tancerza.

Niektóre z sekwencji tego baletu zaczerpnięte zostały z popularnych gier, nawet dziecięcych, np. Chodzi lis koło drogi, gdzie zadaniem każdego tancerza jest wdarcie się do ściśle zapełnionego szeregu i wypchnięcie z niego innej osoby. Z biegiem czasu wyłania się idea gry, czy może walki prowadzonej w tym spektaklu. Chodzi tutaj o wejście w szczelinę w murze, co może symbolizować ucieczkę do wolności, skok przez granicę, przejście na wyższy poziom itd. Prawie cała grupa po wielu trudach pokonuje tę przeszkodę z wyjątkiem jednej osoby. Czy tylko ona przegrywa? To pytanie pozostaje otwarte. Muzyka kończy się gwałtownie, ale przecież wiosna, co byśmy o niej nie mówili, trwa dalej.
Joanna Tumiłowicz